sobota, 27 września 2014

63

Jest 4:18 mojego czasu.
Przyszła, rozsiadla się i nie chce odejść. Wczoraj wzięłam pierwszą tabletkę by jej się pozbyć. (o tydzień za późno) Czy kolejny raz się uda?...

Zaczyna się malymi nierównościami, lekkimi dysocjami i depersonalizacja. Potem dochodzą problemy ze snem i co jakiś czas atakują "złe myśli". Uparczywe, z którymi ciężko walczyć, więc wpada się w ataki paniki. Gdy świat zachodzi mgła, ciężką kotara obojętności, już nie chce się ani go zmieniać ani prosić o pomoc.

Zresztą pomóc jest doraźna. Ukochany (źródło, z którego czerpią pomysly "zle myśli"), który robi co może? Herbatę przynieść, przytulić, powiedzieć, ze to nie prawda i ze się boi. I leki. Farmakologia, która usypia, daje wytchnienie na kilka godzin, póki antydepresant nie wskoczy.

A co z życiem? Co z pracą? Co z resztą? Tak bardzo to odległe i obojętne mi w tej chwili...

środa, 10 września 2014

64

Czasami zastanawiam się, dlaczego prowadzę taki rozbiegany blog. Dlaczego nie jest jasny i prosty, o tym co mnie interesuje, pasjonuje, o podróży czy gotowaniu, jasny layout, chwytliwa nazwa, może jakaś reklama. Prowadziłam nawet coś takiego! o, tutaj!
Dlaczego więc ciągnie mnie do takich mrocznych klimatów, ciągle wracam do swoich przemyśleń, doświadczeń, pracy nad sobą i upadków? Opisuję swoją drogę, walkę z wiatrakami, sinusoidę nastrojów, tripy z dragami i z drogą... I ten uparczywy brak systematyczności...


Nie próbuję już z tym walczyć, robić zrywów niczym powstańca rozpaczliwie szukający cienia szansy na zmianę... Rewolucjonistka, która po krótkotrwałym zrywie ogląda się za siebie, spuszcza łeb i zastanawia się... po co...


Ale jest taki moment, w którym słowo po co można usunąć. Stwierdzić: czy to ważne?
"Po co" pytają nastolatki, jak im się nie chce (z lenistwa) i staruszkowie, gdy są już zmęczeni.


Nie jestem ani jednym, ani drugim, chociaż hoduję od zawsze jedno i drugie.


Jestem dorosła.
Biorę odpowiedzialność za swoje życie, swoje decyzje i wybory.
I jestem tego cholernie świadoma.


Wczoraj przeczytałam pozew rozwodowy napisany przez mojego przyszłego byłego męża. Zanim to się stało, spotkałam się z teściową, po pracy.
Byłyśmy sobie bardzo bliskie i z radością stwierdzam, że ta bliskość nadal gdzieś w nas jest. I nie chcę jej stracić. Rozwiązuje małżeństwo z jej synem, ale nie kontakt z nią. Cieszę się, bo mimo, że trudno jej zaakceptować te wybory, to cieszy się, bo wie, że dzięki temu dojrzałam.
Wróćmy jednak do pozwu. Czytając go miałam wpływ na jego treść, lecz nie skorzystałam z tego. To wersja tej drugiej strony. Powoda. Jestem teraz pozwaną, choć wnioskujemy o rozwód bez orzekania o winie. Mimo wszystko, czuję, że gdzieś pod warstwą jego słów czai się moja wina. To ja oddaliłam się od wyjeżdżającego zarobkowo męża. To ja wyprowadziłam się z pokoju, a następnie do własnego mieszkania.
Po rozmowie z teściową utwierdziłam się w przekonaniu, że wyglądało to tak, że wyzwoliłam się od niego, jego apodyktyczności tym, że się odcięłam, miałam swoje życie.


Moja wina?


Czuję złość, bo nie chcę już walczyć o prawdę, ale nie chcę przyjąć w sobie czyjejkolwiek perspektywy.


Chcę wrócić do tego dnia, kiedy z pełną świadomością i radością powiedziałam, że podjęłam decyzję o rozstaniu.
Ponad rok temu.
To nie był impuls.


Czytając ten cholerny pozew czułam, jak wzbiera we mnie złość, bo przypomniały mi wszystkie tłumione emocje, których on nie chciał bym uzewnętrzniała. "Bym się zachowywała", postępowała wg jakiś norm, żebym w końcu rzuciła papierosy. Żebym wyglądała lepiej. Żebym się zmieniła.
W końcu żebym się oddaliła albo zbliżyła. To pierwsze seksualnie, drugie - najlepiej do jego pasji, jakiej poświęcał najwięcej czasu i uwagi (gry).
ZŁOŚĆ, bo w tych słowach nie ma emocji, jakie czułam. Załamania, kompleksów i odrzucenia. Jest za to oddalenie, bo wyjeżdżał w celach zarobkowych. Ale jak przyjeżdżał emocjonalnie był dalej, niż gdy na statku w okolicach Karaibów. Tego nie wspomniał. I nie wspomniał, że na tych Karaibach, mimo że ponoć seksu nie lubił, to sobie przytulił jakąś kobietę.
Zła jestem, bo dawno temu narzuciłam sobie zakaz wybuchania i wytłumaczyłam to sobie (ku wyższemu dobru) i choćby po to, by móc powiedzieć, że rozstałam się z mężem w zgodzie.
Nawet teraz mam ochotę to usunąć.


Nie, nie, nie - ne, nee, nee.
Jestem świadoma siebie i dorosła. I obie te rzeczy nie wykluczają tego, że mogę się zachowywać jak chcę, wg MOICH norm. I chcę dookoła siebie osoby, które to uszanują i nie zechcą mnie zmieniać wg własnych zasad, a sprawiać, że ja będę chciała się rozwijać. Dojrzewać. I sama w ten sposób chciałabym oddziałowywać na innych.







czwartek, 31 lipca 2014

65

Graciak - bo tak nazwałam zdechlaczka, oficjalnie podający się za opla vectrę jest już z nami dwa tygodnie. To bardzo trudna miłość, pełna ambiwalentnych uczuć. Nigdy nie miałam do czynienia z tak kapryśnym samochodem i czuję, że to próba przed czymś większym.
Za każdym razem, gdy nim jadę czuję się, jakbym dokonywała czegoś niemożliwego, a jak już pozwala się oswoić i coraz pewniej zaczynam się czuć i wciskam pedał gazu, on stanowczo kiwa mi paluszkami, "mówiąc nie, nie, nie" i prymka wprowadzając mnie w konsternację...


I gaśnie.


Tak więc wpierw wymieniliśmy akumulator. Potem okazało się, że uszkodzony jest rozrusznik, konkretnie szczotki, w które wpakował się piaseczek, a były właściciel samochodu nie raczył nas poinformować... zamiast tego pokazuje nam super sposób na rozwiązanie tego problemu - wyciągając młotek i waląc nim po rozruszniku. Działa!
Na chwilę.
Kolejną rzeczą do naprawy jest silniczek krokowy, co to i po co - otóż, gdy hamuję i naciskam sprzęgło a obrotomierz silnika spada gwałtownie do zera to auto gaśnie. Ta rewelacja plus rozrusznik to się równa martwy pojazd.
I biegnący Misiak z młotkiem w ręku ;)


Gorzej, jeśli graciak umrze na środku skrzyżowania w Słupsku. A zadziało się tak w ostatnią niedzielę. Koszmar. Na szczęście jakiś miły pan holował nas na parking i stamtąd udało nam się go ożywić. I wrócić w atmosferze wkurwu. I silnym postanowieniu oddania.


Oczywiście zdrowy rozsądek kazał postąpić inaczej. Pojazd znalazł się na parkingu mechanika, który powiedział, co trzeba zrobić i walczymy. Dzielnie.
A jak auto się nie podda to czeka go szrot.


Nie ma grożenia. Że jak się poczuję zbyt pewnie to on mi będzie groził tym swoim wahadełkiem - paluszkiem. Nie, nie, nie!


Stracę ten tysiak, ten nowiutki akumulator, te 500zł w niego wciśnięte, ale nie będzie mi graciak stawiał warunków.


Swoją drogą, ile radości daje kupione za własne, zarobione pieniądze autko. I radość Misiaka, jak go uczę jeździć :) I moja radość, jak widzę, że mogę na nim polegać w naprawie graciaka, jak się sprawdza w tym. W sumie... warto było :)

środa, 9 lipca 2014

66

Niemal codziennie od ośmiu miesięcy chodzę do pracy. Włączam monitor, loguję się, wpisując dość długie hasło, odpalam program, dzięki któremu koordynuję pracę firmy. Ustawiam działania, przyporządkowując je do konkretnej osoby pod kątem umiejętności i czasu, czasami firmy, jaką się opiekuje dany konsultant. Dzwonię do firm, planuję spotkania. Wcześniej coś sprzedawałam, jakiś program czy komputer. Najczęściej czas.


Lubię swoją pracę. Nauczyła mnie ogromnej organizacji. Dała satysfakcję. Pieniądze. Niezależność. Nowe spojrzenie na własne życie, przyjemności i obowiązki. Większą przyjemność z czasu wolnego. Szacunek do samej siebie.


Była pierwszym krokiem w dorosłość.
Mogę powiedzieć, że zaczęłam wchodzić w dorosłość w wieku dwudziestu sześciu lat...


Wczoraj wzięłam wolne z pracy, pojechałam z Misiakiem na MRI (badanie, które miałam zrobić z tytułu wypadku samochodowego z września zeszłego roku), a potem lekarz, by załatwić sobie L4. To też takie małe obowiązki pracownicze ;)


A potem przygotowania. Studium kuchenne. Wybraliśmy kuchnię do nowego domu. Ile to wszystko kosztuje! Jeszcze podłogi! Drewniane czy panele? Marzyłam o drewnianych, ale kosztują ponad 9 tysięcy... a gdzie sprzęty? Lodówka, pralka, zlew, płyta gazownicza, okap? Stół, przy którym będziemy siedzieć z rodziną?


Popluskaliśmy się w fontannie czekając na mojego brata z rodziną i pojechaliśmy do naszego przyszłego domu. Z salonu wchodzi się na balkon, wystarczy wyciągnąć rękę by zerwać wiśnie... pełno wiśni. Czy lubię kompot z wiśni?


I grill z rodziną, rozmowy, plany, wszystko takie realne. I nagła nieoczekiwana propozycja, znajomy ma samochód na sprzedaż. Bardzo, bardzo tani, na chodzie. Chcesz? Chcę. Za kilka dni mam się nim przejechać, zobaczyć, czy dam radę takim zdechlaczkiem pełnoletnim pojeździć. Fioletowy. Tak na przekór o kolorze pisze, bo przecież doskonale wiem, że nie kolor jest ważny, tylko bebeszki.


I wieczorem, już siedząc razem z Misiakiem i moją rodzinką na kanapie mam ochotę płakać. Czuję się taka dorosła. Takie decyzje. Bez tego kogoś, kto mi powie: tego ci nie wolno, tamtego nie możesz, weź tylko to, tylko tyle.
Nie, Alis, możesz wszystko, na swoją odpowiedzialność. Jesteś dorosła.


I przeliczam te koszty, robię równania, odpalam excela, liczę i przeżywam każdy wydatek, roztropnie sobie wszystko analizuję. I wiem, czego się spodziewać a czego nie, wiem co chcę od życia i czego nie chcę.


I mimo wszystko cały czas pamiętam o jednej, najważniejszej sprawie. Nic, absolutnie nic bym nie osiągnęła, gdyby nie motywacja, którą mi daje miłość i wiara Misiaka i mojej Rodziny.

środa, 14 maja 2014

67

W tle psybient.
Zabawne, jak wiele myśli przebiega przez ludzki aparat rejestracji analiz i refleksji. Jak wiele można wyłapać rybek i jak wiele przepuścić mętnej wody. Wyłapać to, co istotne oraz to, co chciałoby się wyrzuć a to pływa… i odpłynąć nie chce.

Choćby dzień dzisiejszy. Przemyka mi jak taśma puszczona w starym kinie. W popsutym sprzęcie. Zwalnia, by cofnąć się i wyrwać do przodu niczym gumka recepturka w rękach dziecka. Lub niesfornego gówniarza, chcącego komuś zrobić psikus czyniąc niewielką krzywdę.

Słowa i myśli, sytuacje, w których widziałam wszystko z boku, przyglądając się nad rzeczywistością cicho podpowiadając kwestie… Tak, to nadaje się na terapię, zapamiętaj to: tato, nie sądzisz, że to było niesprawiedliwe? Że wszczepiłeś mi tą wewnętrzną nieufność, wątpliwości i krytycyzm, co z buntowniczą naturą daje wieczny niepokój, potęgowany ciągłym przekraczaniem własnym granic, po to głównie, by walczyć z zakorzenionymi przekonaniami? Nie chcę się z Tobą zgodzić, więc będę robić wbrew Twoim naukom? Czy więc moja otwartość i pokłady zaufania są pozorne?
I kolejna migawka, kiedy stanęłam na drewnianej tratwie z mostem bujanym zawieszonym na drzewach. Dwa tygodnie temu. I zachybotał świat tak pięknie. A M. powiedział… Masz wizuale? To cudownie! Dwa metry nad ziemią! Park Linowy plastelinowo się wyginał.

A świat wybuchł rozszczepionymi kolorami i halucynacjami. Przeszliśmy długą drogę przez las, łąkę i plażę. Całe życie ludzkie, lęki i marzenia, wzgórza i szczyty, spokój i harmonię po niepokój i strach. Weszliśmy do świata luster. Widziałam na twarzy M. fraktale, wzory o tańczących liniach. Krwinki tańczące, oddychające wraz z nim. Najpierw się bałam, potem fascynowałam, a potem oswoiłam. Niesamowite uczucie.
Po 13 godzinach próbowałam zasnąć, świat uspakajał mnie, ja świat, M. nas.

I teraz, gdy skończyła się moja nowa kołysanka, a ja kończąc notatkę szykuję się spać.

Jutro 6:48 zadzwoni budzik. Jak zwykle przesunę budzenie o 10min. A potem rozpocznę ceremoniał wyjściowy. Jak zwykle zegar nad sekretariatem w mojej firmie pokaże pięć minut mojego spóźnienia. Jak zwykle włączę moją stację roboczą osiem po ósmej.
Zapomnę o tym, że

Flow


środa, 19 marca 2014

68

W magazynie wspomnień
Tu stoję sam, na chorym rozwidleniu moich jaźni
Stoję sam, na rozgałęzieniu dróg
Stoję sam, na chorym rozwidleniu moich jaźni
Stoję sam, w nieznośnej akupunkturze wyborów i spraw


 

Kiedy dokona się wyboru, kiedy wykona pierwsze kroki, tąpnięcie i trach! Za późno na odwrót, na cofnięcie. Nawet, kiedy wiesz, że żadnego cofnięcia nie chcesz, to myślisz sobie, czy krok wstecz nie byłby lepszy niż ten gwałtowny spadek. W dół.

Zabierają Ci wszystko. Oddają Ci wszystko.

Bo nie masz nic.

Masz wszystko.

 

Śnił mi się piękny, słoneczny dzień. Taki, jak z gier komputerowych, bezwietrzny, cyfrowa jakość, atmosfera idealna. Podwórko, a na nim dwie grupy. Jak w grze. Oni, i my. Z prawdziwymi karabinami maszynowymi, rozłożeni po stodołach, na maszynach rolniczych. Oni na stanowiskach strzeleckich, my na pozycjach, chcąc odbić podwórko. Nasi biegali osłaniając się wzajemnie, tamci szykowali się do ostrzału. Widziałam to z góry.

Widziałam też siebie z góry. Byłam pod osłoną, pod płachtami zabezpieczającą, która w tych ochronnych barwach powiewała sobie a ja leżałam nieruchomo, „obserwując” wszystko z mojego bezpiecznego miejsca pod „płaszczykiem ochronnym”.

Gdy tak leżałam pod ostrzałem, ktoś mnie podniósł, mówiąc, że zaraz mnie zabiją, z mojego bezpiecznego miejsca! Przeniósł ze środka podwórka, skąd miałam doskonały widok, choć byłam cała przykryta i schował za jakiś kombajn. Stamtąd nie czułam się już tak dobrze, czułam się paradoksalnie bardziej odsłonięta, nie byłam pewna, czy nadal miałam na sobie plandekę…

Obudziłam się z mieszanymi uczuciami.

 

Zrobiłam tyle, a czuję się, jakbym stała w tym samym miejscu.

Jakim miejscu?

Stało się tyle – że ja nie mam swojego miejsca.

Chciałabym mieć swój bezpieczny dom, swoją własną kuchnię, salonik, sypialnię, okno, na której będą moje roślinki, tylko moje zasady, gdzie będzie Mój Człowiek, Moja Miłość, który mnie wpuścił do swojego życia i którego ja wpuściłam… i nasze decyzje.

Tymczasem mam magazyn wspomnień. I nagłe tąpnięcie. Zamykam oczy, do magazynu wlewają się: dom rodziców, dom małżeński. W obu uczestniczyłam, oba były moimi… kiedyś.

wtorek, 3 grudnia 2013

69

trip autostopem

Było jeszcze ciemno, gdy otworzyłam drzwi od klatki i ruszyłam przed siebie z plecakiem na grzbiecie w stronę dworca. Kilka stacji i dosiadł się do mnie M. Razem ruszyliśmy do Gdańska, stamtąd do Pruszcza, na wylotówkę A1. Szliśmy trzymając się za rękę, wesoło zastanawiając się, czy stopa należy łapać przed czy za bramkami autostrady, kiedy zatrzymał się pierwszy TIR.
Nasz drajwer zauważył nas na wiadukcie, postanawiając sobie, że jeśli jesteśmy młodzi i jedziemy w jego kierunku, to nas weźmie. Przejechaliśmy z nim pół Polski, rozmawiając o wszystkim. Następnego TIRa wywołał nam przez CB radio, więc przesiadka trwała 30 sekund. Kolejne kilometry za nami. Kolejne historie. Gdzieś pod Warszawą musieliśmy już radzić sobie sami, łapiąc stopa na zjeździe.
Jedyny moment zwątpienia przyszedł na krajowej siódemce, kiedy przez 1,5h nie mogliśmy znaleźć drajwera, który by jechał w stronę Krakowa lub Katowic. M. nie opuszczało pozytywne nastawienie, jak zawsze. W końcu się udało, zziębnięci trafiliśmy na następny TIR, z kierowcą, który jechał w stronę Zakopanego. I znowu rozmowy, dzielenie się doświadczeniami, pozytywną energią. W Krakowie przez CB radio znaleźliśmy kierowcę, który podrzucił nas na Dworzec Główny.
Na Dworcu zupełnie oszaleliśmy. Jak dzieci biegaliśmy oszołomieni naszym sukcesem - o 23.30 udało nam się dotrzeć zupełnie za darmo przez całą Polskę! Nasz pierwszy autostop, nasze pierwsze spełnione, wspólne marzenie.
Tak, jak udało nam się szczęśliwie dotrzeć 600km - mięliśmy ogromny problem by dojechać do koleżanki, u której mięliśmy się zatrzymać na weekend, do miejscowości oddalonej 28km. Postanowiliśmy poszukać hostelu. Kraków w piątkową noc wygląda jak mniejsze miasto w dzień - zatłoczone. Planty pełne pijanych ludzi. Hostele pełne. Znowu dobre dusze nam pomogły - dostaliśmy adresy kilku hosteli (wszystkie pełne), m.in do takiego, w którym pozwolono nam spać w ogromnym pomieszczeniu gospodarczym, co prawda nieogrzewanym, ale zupełnie za darmo, pod warunkiem, że się wyniesiemy przed 7 rano. Kolejny raz szczęście się do nas uśmiechnęło!
Z samego rana ruszyliśmy w stronę Oświęcimia, zgarnęliśmy koleżankę i zwiedziliśmy Auschwitz. Największe wrażenie zrobiła na mnie sala, w której kilka projektorów wyświetlało filmy z różnych okresów życia Żydów i Polaków. Uroczystości rodzinne, miejskie, fragmenty wojny. Zsyntetyzowane z odpowiednią muzyką dawało niesamowity efekt. Kręciliśmy się z M. po sali, chłonąc obraz i dźwięk. Myślę, że to "przedstawienie" wryło nam się dużo bardziej w pamięć niż tona butów za szklaną szybą czy cele więzienne, jakie również mięliśmy okazje zobaczyć.
Następnego dnia zwiedziliśmy z przyjaciółmi Kraków. Nie tylko miejsca były ważne, ale przede wszystkim ludzie. Kilkoro z nich znałam z wcześniejszych spotkań, kilkoro znałam jedynie wirtualnie. Zmaterializowały mi się te osoby w końcu. Cieszę się z tego, bardzo. Spotkałam się ze wspaniałą, pozytywną energią. Bardzo dobre wspomnienia. Jedno z lepszych wspomnień to to, w którym prowadzę auto przez Kraków :) To było cudowne doświadczenie! Uwielbiam wyzwania, cieszę się, że mogłam obejrzeć miasto z perspektywy kierowcy, a nawet znaleźć knajpę, której szukaliśmy :D Zupełnie przypadkiem.

Powrót okazał się być kolejnym spontanem, bo mięliśmy wracać przez Kraków a wróciliśmy przez Katowice, odwiedzając inną koleżankę i jej cudowną knajpkę na Rynku. Tym razem zaskoczył nas śnieg i postanowiliśmy wracać Polskim Busem (50zł za osobę! dla porównania - pociąg kosztował 170zł). Zanim wsiedliśmy do Busa (w którym prawie całą podróż przespaliśmy ze zmęczenia, bo weekend był niemal bezsenny) wymieniliśmy się z M. kilkoma słowami. Kilkoma emocjami. Uczuciami.
Jesteśmy szczęśliwi.
Jak nigdy dotąd.


Cała podróż do Krakowa i z powrotem wyniosła mnie około 100zł i tonę radości. 4 dni (piątek rano - wtorek nad ranem powrót). Najwięcej wydałam na bilety z Krakowa do mieściny, gdzie mieszkała koleżanka, u której się zatrzymaliśmy z M. i jedzenie po drodze.
Następny taki trip planujemy do Holandii późną wiosną, o ile dostaniemy wolne lub trafi się długi weekend, później - obczajamy Boom Festival :D A kiedyś tam Indie. Może. Kiedyś. Takie tam marzenia :D

W tej chwili skupiamy się na pracy, szukaniu mieszkania i pakowaniu rzeczy (z tym mi idzie najgorzej). Chyba nigdy nie miałam tak wielkiej motywacji do zmian, tylu zapału, energii i przeżywania tego, co daje nam życie. Jakby wszystko stało się jasne, a ja odnalazłam kierunek. Mój cel. Taki, który szukałam tyle lat, a nie mogłam odnaleźć, bo nie potrafiłam go sprecyzować. Teraz umiem. Teraz go czuję.
Trzeba było się oczyścić z wszystkiego, by otworzyć się na coś zupełnie innego. Pozamykać rozdziały, wyszorować serce. A potem zrobić ten maleńki krok przed siebie. I te 600km stopem. I mówić, i słuchać.

4.12.2013 2:50

niedziela, 22 września 2013

70

shrooms trip, acid trip, car trip

Chciałam napisać, że w moim świecie zapanował chaos i podać mniej więcej datę, ale przecież nigdy nie było stabilnie, więc co ja się będę wysilać. 
Był taki moment, że miałam ochotę wszystko rzucić w kąt, mieć na wszystko wyjebane. I jak zwykle w takich momentach, znowu ktoś mnie zaskoczył. Połowa sierpnia. Gdzieś nad Wisłą. Pierwsze spotkanie z psylocybiną. Można zanurkować w trawie i jak ta trawa pachnie. Grzyby potrzebują bliskości natury. Spokoju. Gdy rozłożyłam się na łące, blisko wody, uświadomiłam sobie, że moje życie to takie puzzelki. I bum, puzzelki się rozsypały na trawie. Alicja, zbieraj puzzelki z trawy. Trawa piękna, delikatny wiatr, niedaleko wóz z sianem, drzewo, gdzieś tam jacyś ludzie, rzeka, las, łąka, cudowne s&s... zbieram powoli, układam, spokojnie... płaczę i się śmieję, ale zbieram... przeszkadza mi ktoś, ale cierpliwie zbieram... ciężka praca... to nie był bad trip, to uświadomienie sobie pewnych rzeczy.
Wieczorem czułam się naprawdę wspaniale. Wszystko spieprzyłam dopalając jointa. Nałożyły się na siebie dwa odmienne stany. Psychodela, strach, natrętne myśli, nie pamiętam już jakie. Przez moment byłam prowadzona (jak za rękę) po własnej psychice, szkoda, że nie pamiętam szczegółów tej rozmowy. Ale następnego dnia wieczorem i tak czułam, że zgubiłam całą harmonię. 
Wróciłam do domu z niepokojem.
Narastał.
Sprzyjające warunki, by rozwinął się stan mieszany. 
Leki nie pomagały, więc po 2 tygodniach doszłam do wniosku, że najlepiej będzie użyć tego, czym się "strułam". Zmieliłam, zalałam i wypiłam grzyby... Sama, godzinę przed wschodem słońca.
Cudownie się samej tripuje. Skupiona na sobie. Uspokoiłam się. Koci uśmiech na twarzy.
Kilka następnych dni było jak wspomnienie tego stanu - byłam spokojna, cierpliwa, jak chodząca reklama psychodelików. 
A potem nastrój coraz lepszy. I lepszy. Hipo. 

Acid trip miał miejsce na transowej imprezie, co nie było najlepszym pomysłem. Nie był nawet planowany. Tamtego dnia jedyną planowaną rzeczą było MJ i taniec. Wzięliśmy na pół, więc nie spodziewałam się, żeby było jakoś specjalnie mocno. 
Zazwyczaj jak mi jakaś substancja wchodzi, czuję ją w mięśniach, w uderzeniu jakby nagle wpompowała mi się w krew i rozeszła od serca po całym ciele, aż do mózgu. Teraz poczułam "w myśli", nagle zaświtała mi myśl podczas tańca... coś o Amerykanach, nevermind, ale pomysł, na jaki wpadłam, tak mnie rozśmieszył, że koniecznie musiałam ją opowiedzieć koledze, z którym tańczyłam, plątałam się, wydawało mi się, że mówię bez sensu, on mnie zapewniał, że tak nie jest. W ogóle z tymi odczuciami subiektywnymi jest dziwna sprawa - czułam się bardzo nie trzeźwa, a znajomi mi mówili, że wyglądam normalnie i normalnie się zachowuje. Zastanawiałam się później, czy ja normalnie wyglądam na naćpaną czy po prostu po mnie nie widać. Bo trzeźwa to ja się nie czułam w ŻADNYM stopniu. 
Wielkim zaskoczeniem było to, że kwas jest tak pobudzający. Nie mogłam przestać się ruszać. Wpływ muzyki? Możliwe. Do tego mój nastrój. Kolory niesamowicie wyostrzone. Lekko falujące kształty, jakby wychodzące z form. W pierwszych trzech godzinach fale tak absolutnie dziwnego stanu, ciężkiego do opisania. Ale po kilku godzinach (czas jest ciekawą kwestią na psychodelikach) czułam się już zmęczona. Coraz trudniej mi było wprowadzić się w trans muzyczny. 
Taniec. Oddając się muzyce - ogólnie bardzo lubię tańczyć, robię to intuicyjnie, nie uczyłam się tego, dlatego lubię to robić na czymś. Zamykam oczy, zapominam, że ktokolwiek jest obok, wyobrażając sobie tylko światło, cień, siebie i muzykę w formie tego światła. Otula mnie jak promienie słoneczne. Na lsd to było niemal namacalne. Kilka razy udało mi się wpaść w trans (tras na transach, ciekawe), a po otwarciu oczu przez moment nie miałam pojęcia gdzie jestem i zderzenie z "rzeczywistością" było brutalne.
I z tą brutalnością nie mogłam sobie poradzić. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy zaczęli mi przeszkadzać, podłogę (gdzie moje światło?!), sztuczność, ostrość, głośność... po grzybach mam silny pociąg do natury, po prostu uwielbiam tripować w pobliżu przyrody. Czuję się wtedy bezpiecznie. Próbowałam sobie tłumaczyć, że to siedzi w mojej głowie, ale po co się męczyć? Trzecia w nocy. Nie chciałam iść sama, ale nie chciałam narzucać swojej woli. Głupia sytuacja ;)
Ale poszliśmy. Kilka razy czułam się jak kot. Uwielbiam czuć się jak kot. Poruszając się jak kot, ścieżka wiła się rozciągając się w nieskończoność a lampy rozświetlały się błyszcząc jak na starych pocztówkach. Czując wiatr na swojej twarzy, zapach drzew, gdy się do nich przytulałam, widząc spokój zieleni - odzyskiwałam spokój. Odgłos bicia serca, ciepło, żadne natrętne myśli. Czułam się bezpiecznie. 
Wróciliśmy. Powrót do domu był zakręcony, miałam wrażenie, że już jestem trzeźwa, ale byle bodziec a moje zmysły szalały. Dźwięk, spojrzenie, dotyk, smak. Kupiłam najpiękniejsze, najsmaczniejsze śliwki na targu w rytm E-mantry pod wpływem kwasu. Cudowne przeżycie. Polecam każdej pani domu.

car crash trip
żeby nie było zbyt pluszowo, zakończę ostatnią podróżą, która miała miejsce kilka dni temu na wąskiej, nieoświetlonej drodze warmińsko-mazurskiej. Prowadziłam. Jak zwykle muzyka w głośnikach, tym razem nie głośno (gps do mnie mówił, musiałam go słyszeć), co niewątpliwie sprawiło, że nie jechałam szybko (im głośniejsza muzyka, tym szybciej jeżdżę, taka prawda, pracuję nad tym), asfalt jak papier, ślisko, mokro, padało. Zakręt w prawo, zanim zakręt w lewo, przede mną drzewo, po prawej żwirowe pobocze. Wybiegło mi jakieś zwierzę, sarna czy inna leśna istotka, mignęła mi tylko. Przestraszyłam się. Zahamowałam, tylnie koło wjechało na to cholerne żwirowe pobocze, tracąc przyczepność, gwałtownie skręciłam (kolejny błąd), co z kolei spowodowało, że przemieściłam się na lewy pas (śmieszne, droga była tak wąska, że zmieściłby się tam tylko jeden samochód), w końcu wypadając z drogi, dachując w rowie, wbijając się w skarpę przodem, ustawiając się ostatecznie na prawym boku.
Gdy traciłam panowanie nad samochodem czułam, że to się może skończyć źle. Rozluźniłam się, jak już wypadłam z drogi, jak samochód się przewracał, czułam się jak w pudełku, jak w zabawce. Spokój. Niech się dzieje. Adrenalina wszystko mi spowolniła, co trwało długo... i ta świadomość, że tego się nie da cofnąć, zaraz coś się stanie, a ja spokojna. Dopiero, gdy zawisłam na pasach, dotarło do mnie... To już? Nic mi nie jest?! Odpięłam się, poleciałam w dół, znalazłam telefon... 
(żyję. dobrze. przez moment pomyślałam sobie, że coś tam nade mną czuwa, że może niepotrzebnie, ale... ale co? już nigdy bym miała nie zobaczyć nie usłyszeć nie dotknąć nie poczuć?)
Niby nic mi się nie stało. Nawet do szpitala nie chciałam jechać, emocjonalnie byłam rozsypana. Sama chyba bym w życiu nie pojechała. Ten szok przyszedł dopiero po kilku godzinach, jak już miałam ogarnięte auto (kiedy stało pod serwisem), a ja odczułam pierwsze skutki. Kolejne przybierały na sile w następnych dniach...
A teraz muszę pomykać trzy tygodnie w kołnierzu ortopedycznym. Samochód do naprawy, na szczęście z AC. Już mi się nie chce pisać szczegółów, bo jest po 4 nad ranem. 

Te trzy "podróże" mają kilka wspólnych rzeczy. Jedną z nich jest to, że miały wpływ na zmianę mojego myślenia. Są jak kamyczki rzucone na wodę tworząc fale. Uświadomiłam sobie też, co jest dla mnie ważne. Czego chcę... i chociaż błądzę jak po tesco (hah serio, zawsze się gubie w takich sklepach) 
to ja przecież wiem. 

A teraz Carboni i spać. 4:21, poniedziałek, 23.09.2013
wpis dedykuję osobie, która pojawia się w tych trzech tripach :)
(akurat w głośnikach leci MOS 6581, włącz sobie, nie będę wklejać z yt, bo masz na pewno lepszą jakość ;P)


wtorek, 17 września 2013

71

Chyba umieram od środka, gasnę jak świeca,
bo obiecał mi ten świat mniej, niż niosę na plecach.
Gdzieś na marginesach kartek życia stawiam inicjały,
by nie pozostały po mnie tylko banały.
Ten list, w nim cały smutek zawarty we mnie,
idzie noc, jest co raz ciemniej i coraz mnie mniej
i wszystko blednie, jednak wewnątrz czuję,
że kiedyś przyjdziesz do mnie, bo to rozumiesz.

Nawet jeśli zepsuję wszystko inne jak zwykle,

to jak tylko przyjdziesz, ten cały ból zniknie
i w tym labiryncie znajdę nitkę i pójdę
wzdłuż niej, by ujrzeć światło i Twój uśmiech.
Myślę, że to słuszne, by po prostu odejść (stąd),
zabić egoizm i nie znaleźć go w sobie
i rozpalać ten ogień, idąc pod prąd w tłumie,
kiedyś do mnie dołączysz, bo to rozumiesz.

I wiem, że muszę unieść, by słuchać tej melodii,

krzyku samotnych serc, rzuconych na chodnik.
Byłem taki głodny uniesień, doznań, uczuć,
że dziś ktoś moje serce musi podnosić z bruku.
Mówią: pokutuj, gdy nienawiść odżyła,
z liną na krtani lub żyletką na żyłach.
Życie to chwila, więc biegniemy ku niej,
a ty znajdziesz mnie w tym biegu, bo to rozumiesz.

A wokół deszczu strumień zwiastuje jesień,

leżą z cichą wiarą, że ktoś je podniesie,
a wokół zimny wiatr unosi liście,
leżą, tętniąc bezsilnością istnień,
a wokół zimny bruk staje się domem,
leżą, obumierają, to nieuniknione.
Dla mnie przyjdzie moment, gdy krew zapulsuje,
ogrzejesz me serce w dłoniach, bo to rozumiesz.

Wiesz, dziś się snuję po ruinach, które zbudowałem,

to smutny finał, wyrwij ze mnie kamień.
Wina w oceanie łez, weź, nakarm sercem szaniec
i tylko cisza, wiesz, tylko cisza pozostaje w nas.
Każda klisza, leżą ponadpalane teksty,
na ulicy niepozałatwianych spraw znowu festyn,
a ja piszę te wersy, jakby z moich myśli ujęć,
a Ty tak dobrze widzisz je, bo to rozumiesz.

To kalejdoskop posunięć, szkiełko to uczucie,

zbyt wiele tych istotnych, aby pozwolić im uciec.
Minuta po minucie ukrywam to wewnątrz na dnie,
piszę, bym nie zapomniał, jakie to jest ważne.
Tym bardziej, że niekończąca nadzieja na zmiany
sprawia, że rozrywam zasklepione rany.
Kiedyś zostaniemy sami, cała zawiść wokół runie,
a ja będę taki dumny, bo to rozumiesz..

Obiecuję... Obiecuję...




niedziela, 11 sierpnia 2013

72


Gonić....Gonić....

Życie zawsze chciało więcej ode mnie niż ja od niego i to ono uczyniło mnie tym czym jestem
I wiesz, że prędzej zdechnę niż zadowolę się niczym i odepchnę krzyż.
Jestem ofiarą, która sama siebie składa w rymach, szukam koryta, w którym osiądzie flow.
Mojego życia potok wciąż się potyka nieustannie piersią wycierając dno.


Nigdy nie wiedziałem co jest poezją, próbuję tylko wytłumaczyć parę spraw.
Wiem, że ból ma więcej imion niż jedno i musisz go oswoić, kiedy zostajesz sam.
Pieprzyć tępy pochód dni donikąd, nigdy nie uwierzę, że jest sens w tym.
Każdy z nas jest takim samym banitą, niektórzy tylko padli i już się nie podnieśli.

Nienawidzę ludzi za każde kłamstwo, które musiałem połknąć, żeby teraz nim rzygać,
Ale moje zimne oczy nie gasną i wszystko, wszystko dopiero się zaczyna.
Nauczyłem się wiele, lecz nie od nich. Głos sumienia, filozof Seneka.
Tak naprawdę mój jest tylko chodnik, na którym moja stopa miejsca nie zagrzewa.

Jestem zgodny z czasem, nie miejscem, każda sekunda znajduje mnie gdzie indziej.
Ramiona otwarte ma tylko przestrzeń i tylko jej krańce czekają aż przyjdę.
Gonię, a wszystko, co minione w momencie wyboru zasklepia się jak blizna.
Przeszłość jest mostem, który płonie. Przyszłość to wolność, świadoma banicja.

Mimo że to tylko rzep na ogonie to
Dopóki nie wypluję płuc, gonię go.
Wiem, że nie chce mnie świat, go
Nie dotyczy, to co tylko dla mnie jest wszystkim,
Lecz moje myśli jedynie wciąż do niej rwą,
W niej zbiega się mój szczyt i moje dno.
A jedyny mój możliwy koniec to,
Gdy własny ogon zaknebluje mi pysk i...

Przestanę wyć i uciekać przed tym głosem, 
Który gna mnie na krawędź, za którą nie ma już nic.

Wiem, gdzie jest zapisany mój los, wykwitły z bólu marzeniach dziecka.
I ciągle stamtąd dobiega mój głos pełen prostego pragnienia szczęścia.
Wciąż chcę pokonać niemoc wobec świata, który łamie mi palce.
Jego bezinteresowną przemoc, która uczyniła mnie kaleką na starcie.

Nawet sobie mogę powiedzieć: 'nie znasz mnie'. Wciąż tkwi kij w szprychach mojego życia.
Tamto dziecko dzisiaj znowu nie zaśnie z twarzą w poduszce próbując oddychać.
Ile to już lat wciąż to samo stanowi moją siłę i największą słabość?
Brutalnie walcząc rozrywa tożsamość i cokolwiek zrobię to zawsze za mało.

Mimo że to tylko rzep na ogonie to
Dopóki nie wypluję płuc, gonię go.
Wiem, że nie chce mnie świat,
Go nie dotyczy to co tylko dla mnie jest wszystkim,
Lecz moje myśli jedynie wciąż do niej rwą,
W niej zbiega się mój szczyt i moje dno.
Żeby móc być sobą zakląłem krąg samotności, banicji...




Moje są tylko wspomnienia.