niedziela, 22 września 2013

70

shrooms trip, acid trip, car trip

Chciałam napisać, że w moim świecie zapanował chaos i podać mniej więcej datę, ale przecież nigdy nie było stabilnie, więc co ja się będę wysilać. 
Był taki moment, że miałam ochotę wszystko rzucić w kąt, mieć na wszystko wyjebane. I jak zwykle w takich momentach, znowu ktoś mnie zaskoczył. Połowa sierpnia. Gdzieś nad Wisłą. Pierwsze spotkanie z psylocybiną. Można zanurkować w trawie i jak ta trawa pachnie. Grzyby potrzebują bliskości natury. Spokoju. Gdy rozłożyłam się na łące, blisko wody, uświadomiłam sobie, że moje życie to takie puzzelki. I bum, puzzelki się rozsypały na trawie. Alicja, zbieraj puzzelki z trawy. Trawa piękna, delikatny wiatr, niedaleko wóz z sianem, drzewo, gdzieś tam jacyś ludzie, rzeka, las, łąka, cudowne s&s... zbieram powoli, układam, spokojnie... płaczę i się śmieję, ale zbieram... przeszkadza mi ktoś, ale cierpliwie zbieram... ciężka praca... to nie był bad trip, to uświadomienie sobie pewnych rzeczy.
Wieczorem czułam się naprawdę wspaniale. Wszystko spieprzyłam dopalając jointa. Nałożyły się na siebie dwa odmienne stany. Psychodela, strach, natrętne myśli, nie pamiętam już jakie. Przez moment byłam prowadzona (jak za rękę) po własnej psychice, szkoda, że nie pamiętam szczegółów tej rozmowy. Ale następnego dnia wieczorem i tak czułam, że zgubiłam całą harmonię. 
Wróciłam do domu z niepokojem.
Narastał.
Sprzyjające warunki, by rozwinął się stan mieszany. 
Leki nie pomagały, więc po 2 tygodniach doszłam do wniosku, że najlepiej będzie użyć tego, czym się "strułam". Zmieliłam, zalałam i wypiłam grzyby... Sama, godzinę przed wschodem słońca.
Cudownie się samej tripuje. Skupiona na sobie. Uspokoiłam się. Koci uśmiech na twarzy.
Kilka następnych dni było jak wspomnienie tego stanu - byłam spokojna, cierpliwa, jak chodząca reklama psychodelików. 
A potem nastrój coraz lepszy. I lepszy. Hipo. 

Acid trip miał miejsce na transowej imprezie, co nie było najlepszym pomysłem. Nie był nawet planowany. Tamtego dnia jedyną planowaną rzeczą było MJ i taniec. Wzięliśmy na pół, więc nie spodziewałam się, żeby było jakoś specjalnie mocno. 
Zazwyczaj jak mi jakaś substancja wchodzi, czuję ją w mięśniach, w uderzeniu jakby nagle wpompowała mi się w krew i rozeszła od serca po całym ciele, aż do mózgu. Teraz poczułam "w myśli", nagle zaświtała mi myśl podczas tańca... coś o Amerykanach, nevermind, ale pomysł, na jaki wpadłam, tak mnie rozśmieszył, że koniecznie musiałam ją opowiedzieć koledze, z którym tańczyłam, plątałam się, wydawało mi się, że mówię bez sensu, on mnie zapewniał, że tak nie jest. W ogóle z tymi odczuciami subiektywnymi jest dziwna sprawa - czułam się bardzo nie trzeźwa, a znajomi mi mówili, że wyglądam normalnie i normalnie się zachowuje. Zastanawiałam się później, czy ja normalnie wyglądam na naćpaną czy po prostu po mnie nie widać. Bo trzeźwa to ja się nie czułam w ŻADNYM stopniu. 
Wielkim zaskoczeniem było to, że kwas jest tak pobudzający. Nie mogłam przestać się ruszać. Wpływ muzyki? Możliwe. Do tego mój nastrój. Kolory niesamowicie wyostrzone. Lekko falujące kształty, jakby wychodzące z form. W pierwszych trzech godzinach fale tak absolutnie dziwnego stanu, ciężkiego do opisania. Ale po kilku godzinach (czas jest ciekawą kwestią na psychodelikach) czułam się już zmęczona. Coraz trudniej mi było wprowadzić się w trans muzyczny. 
Taniec. Oddając się muzyce - ogólnie bardzo lubię tańczyć, robię to intuicyjnie, nie uczyłam się tego, dlatego lubię to robić na czymś. Zamykam oczy, zapominam, że ktokolwiek jest obok, wyobrażając sobie tylko światło, cień, siebie i muzykę w formie tego światła. Otula mnie jak promienie słoneczne. Na lsd to było niemal namacalne. Kilka razy udało mi się wpaść w trans (tras na transach, ciekawe), a po otwarciu oczu przez moment nie miałam pojęcia gdzie jestem i zderzenie z "rzeczywistością" było brutalne.
I z tą brutalnością nie mogłam sobie poradzić. Widziałam tych wszystkich ludzi, którzy zaczęli mi przeszkadzać, podłogę (gdzie moje światło?!), sztuczność, ostrość, głośność... po grzybach mam silny pociąg do natury, po prostu uwielbiam tripować w pobliżu przyrody. Czuję się wtedy bezpiecznie. Próbowałam sobie tłumaczyć, że to siedzi w mojej głowie, ale po co się męczyć? Trzecia w nocy. Nie chciałam iść sama, ale nie chciałam narzucać swojej woli. Głupia sytuacja ;)
Ale poszliśmy. Kilka razy czułam się jak kot. Uwielbiam czuć się jak kot. Poruszając się jak kot, ścieżka wiła się rozciągając się w nieskończoność a lampy rozświetlały się błyszcząc jak na starych pocztówkach. Czując wiatr na swojej twarzy, zapach drzew, gdy się do nich przytulałam, widząc spokój zieleni - odzyskiwałam spokój. Odgłos bicia serca, ciepło, żadne natrętne myśli. Czułam się bezpiecznie. 
Wróciliśmy. Powrót do domu był zakręcony, miałam wrażenie, że już jestem trzeźwa, ale byle bodziec a moje zmysły szalały. Dźwięk, spojrzenie, dotyk, smak. Kupiłam najpiękniejsze, najsmaczniejsze śliwki na targu w rytm E-mantry pod wpływem kwasu. Cudowne przeżycie. Polecam każdej pani domu.

car crash trip
żeby nie było zbyt pluszowo, zakończę ostatnią podróżą, która miała miejsce kilka dni temu na wąskiej, nieoświetlonej drodze warmińsko-mazurskiej. Prowadziłam. Jak zwykle muzyka w głośnikach, tym razem nie głośno (gps do mnie mówił, musiałam go słyszeć), co niewątpliwie sprawiło, że nie jechałam szybko (im głośniejsza muzyka, tym szybciej jeżdżę, taka prawda, pracuję nad tym), asfalt jak papier, ślisko, mokro, padało. Zakręt w prawo, zanim zakręt w lewo, przede mną drzewo, po prawej żwirowe pobocze. Wybiegło mi jakieś zwierzę, sarna czy inna leśna istotka, mignęła mi tylko. Przestraszyłam się. Zahamowałam, tylnie koło wjechało na to cholerne żwirowe pobocze, tracąc przyczepność, gwałtownie skręciłam (kolejny błąd), co z kolei spowodowało, że przemieściłam się na lewy pas (śmieszne, droga była tak wąska, że zmieściłby się tam tylko jeden samochód), w końcu wypadając z drogi, dachując w rowie, wbijając się w skarpę przodem, ustawiając się ostatecznie na prawym boku.
Gdy traciłam panowanie nad samochodem czułam, że to się może skończyć źle. Rozluźniłam się, jak już wypadłam z drogi, jak samochód się przewracał, czułam się jak w pudełku, jak w zabawce. Spokój. Niech się dzieje. Adrenalina wszystko mi spowolniła, co trwało długo... i ta świadomość, że tego się nie da cofnąć, zaraz coś się stanie, a ja spokojna. Dopiero, gdy zawisłam na pasach, dotarło do mnie... To już? Nic mi nie jest?! Odpięłam się, poleciałam w dół, znalazłam telefon... 
(żyję. dobrze. przez moment pomyślałam sobie, że coś tam nade mną czuwa, że może niepotrzebnie, ale... ale co? już nigdy bym miała nie zobaczyć nie usłyszeć nie dotknąć nie poczuć?)
Niby nic mi się nie stało. Nawet do szpitala nie chciałam jechać, emocjonalnie byłam rozsypana. Sama chyba bym w życiu nie pojechała. Ten szok przyszedł dopiero po kilku godzinach, jak już miałam ogarnięte auto (kiedy stało pod serwisem), a ja odczułam pierwsze skutki. Kolejne przybierały na sile w następnych dniach...
A teraz muszę pomykać trzy tygodnie w kołnierzu ortopedycznym. Samochód do naprawy, na szczęście z AC. Już mi się nie chce pisać szczegółów, bo jest po 4 nad ranem. 

Te trzy "podróże" mają kilka wspólnych rzeczy. Jedną z nich jest to, że miały wpływ na zmianę mojego myślenia. Są jak kamyczki rzucone na wodę tworząc fale. Uświadomiłam sobie też, co jest dla mnie ważne. Czego chcę... i chociaż błądzę jak po tesco (hah serio, zawsze się gubie w takich sklepach) 
to ja przecież wiem. 

A teraz Carboni i spać. 4:21, poniedziałek, 23.09.2013
wpis dedykuję osobie, która pojawia się w tych trzech tripach :)
(akurat w głośnikach leci MOS 6581, włącz sobie, nie będę wklejać z yt, bo masz na pewno lepszą jakość ;P)


wtorek, 17 września 2013

71

Chyba umieram od środka, gasnę jak świeca,
bo obiecał mi ten świat mniej, niż niosę na plecach.
Gdzieś na marginesach kartek życia stawiam inicjały,
by nie pozostały po mnie tylko banały.
Ten list, w nim cały smutek zawarty we mnie,
idzie noc, jest co raz ciemniej i coraz mnie mniej
i wszystko blednie, jednak wewnątrz czuję,
że kiedyś przyjdziesz do mnie, bo to rozumiesz.

Nawet jeśli zepsuję wszystko inne jak zwykle,

to jak tylko przyjdziesz, ten cały ból zniknie
i w tym labiryncie znajdę nitkę i pójdę
wzdłuż niej, by ujrzeć światło i Twój uśmiech.
Myślę, że to słuszne, by po prostu odejść (stąd),
zabić egoizm i nie znaleźć go w sobie
i rozpalać ten ogień, idąc pod prąd w tłumie,
kiedyś do mnie dołączysz, bo to rozumiesz.

I wiem, że muszę unieść, by słuchać tej melodii,

krzyku samotnych serc, rzuconych na chodnik.
Byłem taki głodny uniesień, doznań, uczuć,
że dziś ktoś moje serce musi podnosić z bruku.
Mówią: pokutuj, gdy nienawiść odżyła,
z liną na krtani lub żyletką na żyłach.
Życie to chwila, więc biegniemy ku niej,
a ty znajdziesz mnie w tym biegu, bo to rozumiesz.

A wokół deszczu strumień zwiastuje jesień,

leżą z cichą wiarą, że ktoś je podniesie,
a wokół zimny wiatr unosi liście,
leżą, tętniąc bezsilnością istnień,
a wokół zimny bruk staje się domem,
leżą, obumierają, to nieuniknione.
Dla mnie przyjdzie moment, gdy krew zapulsuje,
ogrzejesz me serce w dłoniach, bo to rozumiesz.

Wiesz, dziś się snuję po ruinach, które zbudowałem,

to smutny finał, wyrwij ze mnie kamień.
Wina w oceanie łez, weź, nakarm sercem szaniec
i tylko cisza, wiesz, tylko cisza pozostaje w nas.
Każda klisza, leżą ponadpalane teksty,
na ulicy niepozałatwianych spraw znowu festyn,
a ja piszę te wersy, jakby z moich myśli ujęć,
a Ty tak dobrze widzisz je, bo to rozumiesz.

To kalejdoskop posunięć, szkiełko to uczucie,

zbyt wiele tych istotnych, aby pozwolić im uciec.
Minuta po minucie ukrywam to wewnątrz na dnie,
piszę, bym nie zapomniał, jakie to jest ważne.
Tym bardziej, że niekończąca nadzieja na zmiany
sprawia, że rozrywam zasklepione rany.
Kiedyś zostaniemy sami, cała zawiść wokół runie,
a ja będę taki dumny, bo to rozumiesz..

Obiecuję... Obiecuję...




niedziela, 11 sierpnia 2013

72


Gonić....Gonić....

Życie zawsze chciało więcej ode mnie niż ja od niego i to ono uczyniło mnie tym czym jestem
I wiesz, że prędzej zdechnę niż zadowolę się niczym i odepchnę krzyż.
Jestem ofiarą, która sama siebie składa w rymach, szukam koryta, w którym osiądzie flow.
Mojego życia potok wciąż się potyka nieustannie piersią wycierając dno.


Nigdy nie wiedziałem co jest poezją, próbuję tylko wytłumaczyć parę spraw.
Wiem, że ból ma więcej imion niż jedno i musisz go oswoić, kiedy zostajesz sam.
Pieprzyć tępy pochód dni donikąd, nigdy nie uwierzę, że jest sens w tym.
Każdy z nas jest takim samym banitą, niektórzy tylko padli i już się nie podnieśli.

Nienawidzę ludzi za każde kłamstwo, które musiałem połknąć, żeby teraz nim rzygać,
Ale moje zimne oczy nie gasną i wszystko, wszystko dopiero się zaczyna.
Nauczyłem się wiele, lecz nie od nich. Głos sumienia, filozof Seneka.
Tak naprawdę mój jest tylko chodnik, na którym moja stopa miejsca nie zagrzewa.

Jestem zgodny z czasem, nie miejscem, każda sekunda znajduje mnie gdzie indziej.
Ramiona otwarte ma tylko przestrzeń i tylko jej krańce czekają aż przyjdę.
Gonię, a wszystko, co minione w momencie wyboru zasklepia się jak blizna.
Przeszłość jest mostem, który płonie. Przyszłość to wolność, świadoma banicja.

Mimo że to tylko rzep na ogonie to
Dopóki nie wypluję płuc, gonię go.
Wiem, że nie chce mnie świat, go
Nie dotyczy, to co tylko dla mnie jest wszystkim,
Lecz moje myśli jedynie wciąż do niej rwą,
W niej zbiega się mój szczyt i moje dno.
A jedyny mój możliwy koniec to,
Gdy własny ogon zaknebluje mi pysk i...

Przestanę wyć i uciekać przed tym głosem, 
Który gna mnie na krawędź, za którą nie ma już nic.

Wiem, gdzie jest zapisany mój los, wykwitły z bólu marzeniach dziecka.
I ciągle stamtąd dobiega mój głos pełen prostego pragnienia szczęścia.
Wciąż chcę pokonać niemoc wobec świata, który łamie mi palce.
Jego bezinteresowną przemoc, która uczyniła mnie kaleką na starcie.

Nawet sobie mogę powiedzieć: 'nie znasz mnie'. Wciąż tkwi kij w szprychach mojego życia.
Tamto dziecko dzisiaj znowu nie zaśnie z twarzą w poduszce próbując oddychać.
Ile to już lat wciąż to samo stanowi moją siłę i największą słabość?
Brutalnie walcząc rozrywa tożsamość i cokolwiek zrobię to zawsze za mało.

Mimo że to tylko rzep na ogonie to
Dopóki nie wypluję płuc, gonię go.
Wiem, że nie chce mnie świat,
Go nie dotyczy to co tylko dla mnie jest wszystkim,
Lecz moje myśli jedynie wciąż do niej rwą,
W niej zbiega się mój szczyt i moje dno.
Żeby móc być sobą zakląłem krąg samotności, banicji...




Moje są tylko wspomnienia.

niedziela, 4 sierpnia 2013

73


Jeżeli coś do­tyka cię, znaczy: do­tyczy cię. Jeżeli­by nie do­tyczyło cię - nie do­tykałoby cię, nie zrażało, nie ob­rażało, nie drażniło, nie kuło, nie ra­niło. Jeżeli bro­nisz się, znaczy: czu­jesz się ata­kowa­ny. Jeżeli czu­jesz się ata­kowa­ny, znaczy: jes­teś cel­nie tra­fiony. Miej to na uwadze.
Edward Stachura


Może to ten sam kolor oczu,
może bezpieczny ton głosu.
Dwie pary połamanych skrzydeł,
złudzenie spadochronu.

halo, Alicjo, wracaj, tu jest twoje życie, tu jest twoja pasja, twoje magiczne pudełko, twoje zabawki, twoje połamane serduszko, spokojnie, kolejny raz się posklei, ile to już lat na tym świecie bawisz, ile wiosen dryfujesz, nigdy nie wiadomo co za zakrętem spotkasz, chciałaś być zbieraczem doświadczeń to jesteś, ja wiem, ciężko teraz, jak życie na lewą stronę się wywija, jak się angażujesz za bardzo, strumień świadomości z tobą rozmawia, twoim najlepszym przyjacielem jest, przytuli mentalnie, pobłogosławi i z każdą decyzją zgodzi, nie odejdzie, nie zostawi... 
Chciałabyś, Alicjo, żeby zawsze było pięknie i bezpiecznie, żeby było trochę ja i było trochę my, ale życie to samolubny skurwiel, plątający losy ludzi jak kot bawełniane nici. 
I to życie, Alicjo, jest tak samo piękne jak i brzydkie, tak samo słoneczne, jak ciemne, od Ciebie zależy, jaką ścieżkę wybierzesz, jak się temu przyglądać będziesz. Jeśli stchórzysz i po obrzeżach  w znieczuleniach, chwiejnym krokiem, w wiecznej niepewności, myląc akceptację z pogodzeniem się z losem... Nie, Alicjo, Ty nie potrzebujesz uprzęży, Ty masz intuicję i wrażliwość. Nie niszcz jej, masz w sobie siłę i wolę walki. Z każdym kolejnym krokiem będziesz bliżej zakrętu.
Ale, strumieniu świadomości, na tym zakręcie 
nich już to będzie to.
Bo te moje serduszko, przyjacielu, to jakieś takie sfatygowane.
4.08.2013, godz.20:25, schizofreniczna rozmowa ja1 z ja2



Przetrwam, wszystko przetrwam,
tylko niech mi ktoś na stałe wyłączy uczucia.
A włączy funkcję "wyjebane".

piątek, 26 lipca 2013

74

Nocą lepiej mi się myśli,
a nad ranem refleksje są jak kryształy.
Serio, serio,
gdyby tylko chciało mi się to wszystko zapisywać, co mi się skrystalizowało w głowie nad ranem
(tyle poranków, tyle cudownych myśli) (nad ranem myślałam nad felietonem, miałam już w głowie pół "strony" z motywem przewodnim zaczerpniętym z filmu Gummy, ale po obejrzeniu dziś Just the wind, może stworzę coś jeszcze lepszego, chodzi mi o sens istnienia głównych bohaterów w oczach odbiorcy - widz ma właściwie żałować ich, czy nie?)
Nawet zdania układałam (wielokrotnie z myślą, by odpalić tą właśnie stronę)
i całe ciągi jak dżdżownice marszem przemierzały moją głowę...

wszystko ulatywało,
gdy zapadałam w kolejny sen.

Zauważyłam, że najrealniejsze
(najbardziej poryte)
mam sny pierwsze i ostatnie.
(te najwcześniej, gdy się kładę i te najpóźniejsze, nad ranem właśnie)

Dzisiaj na chwilę wpadłam w euforię. Potrzebowałam się tym z kimś podzielić. Nie wiem, czy jest ktoś, kto chce dzielić ze mną energię.
Energia.
Czy może być dobra i zła energia?
Co robić ze złą?

Słucham muzyki, przed chwilą wróciłam do domu.
Księżyc wysoko na niebie.
Dwudziesty siódmy lipca.

Wczoraj tak bardzo przejęłam się tym, że
chciałabym jednak być mniej wrażliwa.

wtorek, 9 lipca 2013

75

Kiedyś komuś wydawało się, że
jesteśmy czystym płótnem, na którym życie zostawia ślad.

Jestem tryptykiem,
na którym każda emocja jaskrawo płonie,
każde doświadczenie maluje kolejny krajobraz,
a człowiek jest mocą sprawczą, napędzającą każdy kolejny ruch pędzla.

Po lewej stronie znajduje się niebo.
Radość w świecie barw i struktur.

Po prawej stronie jest piekło.
Głęboki ból nadający kształt samotności.

W środku
miłość
bo tylko to jest ważne.

I spokój w niej, i harmonia, i strach też
i bliskość, i dystans, i niedomówienia,
i spojrzenia, i uśmiech
i łzy, i niepokój.

Chciałabym czasami odczuwać inaczej, nie płonąć tak i nie potrzebować. Nie szukać siebie w oczach innych. Chciałabym od siebie samej brać, a nie z siebie dawać, ale zrozumiałam, że nie można wiecznie walczyć z przeznaczeniem. Moim przeznaczeniem. Nadchodzi proces akceptacji.
Taka jestem.
Ktoś mnie zapytał, co jest złego w potrzebowaniu ludzi?
I kiedy bunt minął, zrozumiałam, że

Jestem kocykiem.


wtorek, 25 czerwca 2013

76

Jest tyle rzeczy, które chciałabym napisać,
tyle emocji do opisania...

Ale postaram się zawrzeć w tej notce tylko to, czym mogę się podzielić.

W weekend w otoczeniu przyrody i dźwięków muzyki oraz dodatku magii syntetycznej poczułam się znowu szczęśliwa. Kolejny raz w tym roku. Kolejny raz z tą samą osobą.
Naładowałam się pozytywnie jak bateria słoneczna, były chwile, kiedy czułam, że promienieję tą radością.

I nastąpił też pewien przełom w moim myśleniu, w patrzeniu na świat i moje relacje z innymi ludźmi.

I postanowiłam być szczera. Szczerość kojarzy mi się z wolnością.
W zasadzie - jestem wolna.

Wyzwoliłam się z emocjonalnej klatki, w której byłam tyle lat.
Po terapii i rozmowie z mamą (to nie było łatwe), która od razu odgadła moje myśli i uczucia, pojechałam do domu i płacząc (z początku z emocji, później z radości) powiedziałam wszystko, co czuję.
Jadąc do domu w deszczu miałam wrażenie, że mam przed sobą dwie drogi: albo szczera rozmowa, albo samobójstwo, bo nie zniosłabym kolejnej depresji, a nieuchronnie do tego stanu się zbliżałam.

Wróciłam do domu i stało się.
Powiedziałam co czuję - nasze małżeństwo to już układ współlokatorski. Zgodził się ze mną. On miał kogoś, ja też nie byłam święta. Nie chcę by mnie ograniczał i ja nie chcę ograniczać jego. Jesteśmy przyjaciółmi i zamierzamy się troszczyć o siebie, ale rozminęliśmy się w potrzebach i poglądzie na życie. Każde z nas chce czegoś innego i nie potrafimy sobie tego dać. I akceptujemy to, że może być ktoś, z kim tą bliskość możemy wytworzyć. Ale oboje stwierdziliśmy, że raczej nie chcemy o tym wiedzieć, bo to każdego z nas osobista sprawa. Sądzę, że nie będziemy ingerować w swoje życie. Ja chcę by on był szczęśliwy, ale sama nie potrafię mu tego szczęścia dać i on tak samo. W zasadzie od dawna się unieszczęśliwialiśmy, pora przestać.
Dać sobie wolność.
Cudownie, cudownie, cudownie.

Poczułam się znowu spokojna, znowu "ja".

Nie sądziłam, że ta rozmowa kiedykolwiek nastąpi, a już w ogóle nie sądziłam, że będzie miała taki przebieg.



sobota, 15 czerwca 2013

77

Od jakiegoś czasu każdy dzień kończę w oparach dymu.
Obcy ludzie proponują mi pseudo kwasa,
inni bojąc się o swoje koty, zrywają kontakt.

Stoję na huśtawce emocji,
nie umiejąc sobie z nimi radzić zatapiam się we mgle.

Krążąc po labiryncie z M16 w ręku,
tak naprawdę zacieram granicę między tym, co chcę,
tym co potrzebuję, czego pragnę
a tym, co
nie powinnam, nie mogę, nie wolno mi.

Czasami wmawiam sobie, że wystarczyłoby po prostu nie istnieć,
a może dotknąć pulsującego serca.

Kiedy krew szybciej krąży (panika), nic już nie chcę,
sama sama sama
kiedy krew zastyga
tęsknię za obecnością Kogoś, kto chociaż trochę rozumie.
Ale czy ja w ogóle jestem w Twoim życiu ważna?

Często ogarniają mnie wątpliwości i jest mi smutno,
gdy dochodzę do wniosku,
że nie.

***
Ponad miesiąc bez leków, za to z pakietem impulsywnych poczynań. Chciałabym, ale nie mogę; mogę ale nie chcę; siedzę ale nic nie robię, robię gdy nie muszę;
(czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk)
i tak na zmianę chcę być sama i nie chcę być sama. Wieczne, kurwa, niezadowolenie.

Ja po prostu nie chcę obcych rąk.
Chcę tylko te dobrze mi znane.

wtorek, 4 czerwca 2013

78

Czasami lepiej zamknąć przeglądarkę i zacząć żyć w przestrzeni zmysłów.

Rozłożyłam farby, płócienko, pędzle.
I czekają od kilku godzin.

Dotykam bawełny rozciągniętej na blejtramie czując jej strukturę pod palcami,
oswajam się z nią i oswajam ją ze sobą
by nanieść swoje emocje delikatnymi pociągnięciami pędzla,
będzie powoli, dokładnie i czule.


* * *

Rzuciłam farmakoterapię ponad trzy tygodnie temu.

piątek, 17 maja 2013

79

Musi być lepiej, pewnie że będzie, wypatruj tego lepiej, zaraz się pojawi, jeszcze chwila!

żeby Ci się nie nudziło to wypatrywanie, tu rusz się, oczekuj w podnieceniu, w przyjemnym oczekiwaniu na to lepiej, zaraz przyjdzie, nie martw się, jeszcze chwila, a Ty w tym czasie możesz zrobić jeszcze tą małą rzecz, to drobnostka, jak przyjdzie lepiej to góry będziesz przenosić to tu teraz to kawalątek, co to dla góry, to teraz też dasz radę, z takim kawalątkiem, a w oczekiwaniu na lepsze wszystko się udaje bo będzie dobrze wszystko, więc nic nie ma prawa się spierdolić, wszystko będzie dobrze, zaufaj sobie.