wtorek, 4 sierpnia 2015

59

Odstawiłam leki. Było to żmudne i powolne, ale postanowiłam je odstawić na rzecz dwóch kresek - na rzecz sensu życia, kolejnego życia.
Oczywiście nie obyło się (nie obywa się!) bez huśtawek - było rozdrażnienie, doły ocierające się o depresję ale była też hipomania. Bardzo produktywna. Napisałam podręcznik wyjazdu do UK. I namówiłam moje Love, by w końcu to zrobić. Zmienić całe nasze życie, wywrócić do góry nogami. Zawsze mówiliśmy sobie, że chcemy spróbować innego życia, w innym kraju... Ja chcę się nauczyć bardzo dobrze angielskiego, chcę poznać inny chociaż dalej "nasz" świat. Chcemy poprawić naszą sytuację finansową, chcemy podróżować.
Co dokładnie nam z tego wyjdzie?

Dziś M. dał wypowiedzenie w swojej pracy. Po kilku próbach wnioskowani o podwyżkę powiedział swojemu szefowi, że czas na radykalniejsze kroki. Dziś klikniemy <<kup bilet>>
Wyjedzie pierwszy i tego mu strasznie zazdroszczę. Chciałabym z nim lecieć... razem wskoczyć w nową rzeczywistość jak Alicja w króliczą norę. Wspólnie smakować morską, północną bryzę...
Najdalej za pół roku mam dołączyć...

Moja praca też zaczyna mnie irytować: współpracownicy, bezowocny czas, niskie zarobki (mimo podwyżki).
Ale przede wszystkim chcę coś nowego.

To ciekawe, jak bardzo człowiek sobie lubi poukładać życie a następnie rozsypać by na nowo układać. Zbudować dom, znaleźć pracę, osiąść się w swojej rzeczywistości a potem stwierdzić: chcę spróbować czegoś nowego. Wstać, otrzepać się i szukać dalej.
Myślę, że na tym moje życie polega by motywować siebie i ukochanego do tego, by próbować jak najczęściej!


wtorek, 19 maja 2015

60

Perfect Day

Wzięliśmy urlop na ten dzień. Załatwiliśmy kilka rzeczy w przychodni, a czekając pod jednym z gabinetów czytałam mu o komunikacji i o tym, jak rozmawiać by nie ranić i co niszczy związki (czterej jeźdźcy apokalipsy niszczący związki: krytyka, pogarda, postawa obronna, mur obojętności).

Potem pojechaliśmy do Sopotu by zamówić mi okulary barwione i do domu. Emocje były różne, bo mój ukochany jest nastawiony na życie Tu i Teraz (ja chcę śniadanie TERAZ, chcę jechać do domu, pospieszmy się etc., a ja myślę o przyszłości - musimy załatwić jeszcze to, jeszcze tamto, pomyśleć o tym, dużo mnie w PRZYSZŁOŚCI - choć to nieprawdopodobne ;)

Gdy dotarliśmy do domu i zjedliśmy śniadanie, wpadliśmy na pomysł, by posprzątać dom, skończyć przemeblowanie (tydzień wcześniej kupiliśmy regały na wszystkie moje książki - takie było w każdym razie założenie, bo mam ogromny zbiór i jednak się wszystko nie zmieściło). Dokończyliśmy sprzątanie, odkurzanie, morderczy wyścig by jeszcze słońce się nie schowało i zdecydowaliśmy, że nasz dzień spędzimy po swojemu. Ze sobą, dla siebie i tak, jak chcemy.
Obejrzeliśmy Grę o Tron, przytuleni, w czystym domu. Rozmawialiśmy zachwyceni sobą i nowym ułożeniem mebli. Wędrowaliśmy po swoich ciałach, kochaliśmy się i znów rozmawialiśmy. Zapomnieliśmy o jutrze, o wczoraj, o wszystkim muszę. Upiekliśmy bułki, zrobiliśmy masło czosnkowe, pokroiliśmy pomidory i zjedliśmy kolację w kuchni, którą oboje tak kochamy, przy pięknym drewnianym stole, który dostaliśmy od moich byłych teściów.
Czułam się, jakbym się od nowa zakochała w moim mężczyźnie.

Dwa ostatnie tygodnie były wolne od smutku, od zadręczania się, od wjazdu na moją psychikę przez moje schizy. Pełne zaś sukcesów, drobnych i większych.
Ten dzień był kropką nad "i".



wtorek, 21 kwietnia 2015

61

Mój tata umarł 2 stycznia chwilę przed 18. 

Lekarz prosiła by wszyscy bliscy przyjechali. Rano wprowadzili go znowu w śpiączkę, znów w pełni respirator za niego oddychał. Serce nie dawało rady, za duże obciążenie mu dali - te 10 oddechów jakie miał oddawał światu przy pomocy respiratora to było za dużo i 3 razy przystępowano do reanimacji. Byliśmy tak kilka godzin, dzwoniła też moja matka, która rozpoczęła rozmowę słowami "czy odłączyli go już od respiratora? a gdy zaczęłam jej tłumaczyć... ona powiedziała, po co w takim razie ściągaliście siostrę?!... i musiała na głos sobie powiedzieć, że "pewnie jak ona przyjedzie to to zaproponują, po co innego by kazali wam wszystkim przyjechać", co ostatecznie zabrało mi nadzieję i wpadłam w histeryczny płacz, tak jak dotąd się bardzo trzymałam i miałam bardzo dużo wiary, tak straciłam w ciągu jednej sekundy.... nie potrafię zrozumieć dlaczego moja własna matka tak postępuje, ale zakładam, ze nie umie inaczej i nie jest nawet świadoma, że mogłaby inaczej - taktowniej - postępować. 

Po godzinie, gdy się uspokoiłam i z powrotem wróciłam do taty, gdy byliśmy - ja, moi bracia i żona Taty a w drodze siostra, bardzo spokojnie zaczęło mu spadać tętno, oddech się wyłączył, podjęto czwartą próbę reanimacji. Zmarł praktycznie na moich oczach. Żegnałam się z nim nie mogąc w to uwierzyć. W zasadzie ciągle do niego coś mówię. 

Pierwsze kilka godzin było najgorsze. Zbliżająca się lekarka do nas, jej słowa, że umarł... i przerażający płacz jego żony. Nasz płacz, gdy podeszliśmy do jego ciała, już bez tych aparatur rur, rurek, kabli... 
Poranek sobotni M. zostawił mnie na kilka godzin samą, prosiłam go, mogłam spokojnie popłakać. Potem dość nieoczekiwanie zapukał do nas ksiądz, który chodził po kolędzie i M. podziękował mu a ja się rozpłakałam bo wiem, czego by chciał mój tata... (czułam się jakbym traciła tożsamość - nie wiedziałam co mogę chcieć ja, a co chciałby tata i co powinnam robić) i M. poszedł z tym księdzem porozmawiać. Przekazał mu, że straciłam tatę i czy mógłby ze mną chwilę porozmawiać. Po jakimś czasie przyszedł i wytłumaczył mi, że płacz jest dobry (mama wmówiła mi, że nie powinnam płaka, bo płacz zatrzymuje duszę i nie pozwala jej iść do nieba, ksiądz powiedział, że nawet Jezus płakał przy swoim zmarłym przyjacielu Łazarzu), rozmawialiśmy sobie (wcześniej poinformowałam go, że nie chcę kolędy i nie jestem wierząca,a le tata był). Bardzo mnie ta rozmowa uspokoiła, utwierdził mnie w przekonaniu, że tata jest przy mnie i mogę z nim rozmawiać. 

A po południu w sobotę aż do wieczora w niedzielę byliśmy z M. i moimi braćmi oraz jego dziećmi i dziewczyną razem. To był dobry czas, wspólnej rozmowy, przygotowywania posiłków, oglądania filmów i bycia razem. Bardzo, bardzo ważne dla nas wszystkich. Cieszę się, że mam tak wspaniałych braci, zwłaszcza starszego. Jesteśmy bardzo związani ze sobą, a teraz całe rodzeństwo musi być silne. 

(Nie 21:53 04 Sty 2015)

Wczoraj od rana do wieczora załatwialiśmy wszystkie urzędowe sprawy. Rozmawialiśmy z lekarzem, który prowadził leczenie mojego taty. Nic nie dało się zrobić. Pewnie tak mówi każdy lekarz o każdym pacjencie, który umiera na oddziale. 

W prosektorium, gdzie mieliśmy powiedzieć, że tata miał rozrusznik, który jeszcze przez 4 lata może wysyłać impulsy śmierdziało chlorem a w obskurnym pomieszczeniu służbowym stała niemal goła (zabawne) sztuczna choinka ze srebrnymi, zamiast zielonymi gałązkami. Nie czułam nic, prócz tego chloru. 
W urzędzie miasta byliśmy dłuższą chwilę i wzięliśmy 10 aktów zgonu. Jeden człowiek zmarł, a 10 aktów mu wyrobiono. Jak pamiątki, każdy dostanie swój. 
Potem pojechaliśmy do parafii i na cmentarz, gdzie tata miał wykupione swoje miejsce (tam, gdzie leży jego ojciec, od wielu lat mówił, że chce tam zostać pochowany, blisko ulicy, by mu nie było nudno). Ksiądz, z którym rozmawialiśmy, w średnim wieku Kaszub spojrzał na mnie i powiedział "znam Cię, skąd ja Cię znam?" patrzał długą chwilę a później wrócił do rozmowy. W ogóle nie pasował mi do obrazu księdza, sprawiał wrażenie przyspieszonego, gestykulował rękoma, aż się zastanawiałam czy nie znam go przypadkiem ze szpitala Wink 
Załatwiliśmy też restaurację na 100 osób. Tata tworzył drzewo genealogiczne, ma ogromną rodzinę, więc chcemy by wszyscy przyszli. Wykwintny obiad i słodki poczęstunek. Początkowo zaproponowaliśmy bigos i kapuśniak, ulubione dania taty, ale sądząc z miny menagerki uznaliśmy, że zasmażana kapusta wystarczy spoza listy a resztę weźmiemy co nam proponują. 

Nasze dalsze kroki skierowaliśmy ku Sopocie, mieszkaniu żony taty. O 14. zjedliśmy jego ulubione śniadanie, które nam wszystkim z osobna robił najczęściej: jajecznicę na boczku.... smutne to było i wesołe zarazem, bo moimi braćmi nie umiemy nie być weseli. Zwłaszcza przy jedzeniu. Potem znów załatwianie, PZU, ZUS, zakład pogrzebowy... 
W zakładzie pogrzebowym już nam z najmłodszym nerwy nie wytrzymały i niemal turlaliśmy się ze śmiechu po biurku agentki. Mówiła w specyficzny sposób (czy przyniesiecie ze sobą księdza na ceremonię kremacji? - mamy z braćmi ogromnie rozwiniętą wyobraźnię, zwłaszcza przez szanownego S. Kinga i wyobraziliśmy sobie jak bierzemy tego księdza pod pachę i stawiamy go jak posążek i nakręcamy... nie mogliśmy się nie zacząć śmiać), gdy zapytała o grabarza a żona taty potwierdziła, że ma nr do kopacza.... my w śmiech, kopacz to nazwisko nielubianego kolegi młodego.... nie umieliśmy się powstrzymać. Była już 17., oboje wyczerpani, mięliśmy już dość, nasze reakcje choć nieadekwatne to mimowolne... na szczęście żona taty była pełna zrozumienia a nawet sama się uśmiechała a starszy jeszcze nas rozśmieszał. 
Muszę przyznać, że musieliśmy wyglądać na niestandardową rodzinę pogrążoną w żałobie. 
Ale wybraliśmy najpiękniejszą urnę w całym domu pogrzebowym. Na pohybel pieniądzom ZUSowskim przeznaczonym na pochówek. 

Umówiliśmy się na identyfikację zwłok i ubranie taty w środę, we wtorek (dziś) na mszę i w czwartek po południu będzie kremacja a w piątek pogrzeb. 

Pożegnałam się z rodziną i pojechałam na terapię, która tak mnie wymaglowała, że na mszę we wtorek rano (dziś) nie dotarłam. Nie mam siły zrobić 10 kroków naraz, ratuję się tym pisaniem i ono mi daje siłę, czekam aż bracia przyjadą i mnie emocjonalnie podniosą. 
M. jest przy mnie, czuję się otoczona jego opieką, miłością i troską. Jestem szczęściarą, że mam tak wspaniałą rodzinę, przyjaciół. To daje mi ogromną siłę i dzięki temu jakoś funkcjonuję, działam, nie załamuję się i niszczę tego, co tata mi wpajał przez całe życie...

(Wto 13:32 06 Sty 2015)


Wczoraj byłam u żony mojego taty i dowiedziałam się, że ostatecznie za śmierć taty odpowiadają najprawdopodobniej lekarze, którzy podali kontrast przed tomografem na OIOMie ... nie podaje się ludziom w tak ciężkim stanie krążeniowo-płucnym (nakierował nas na to stwierdzenie kardiolog taty z akademii medycznej) bo zanim poszedł na tomograf chodził i rozmawiał z nami, a jak poszedł na tomograf to "nagle" zaintubowali go i wprowadzili w śpiączkę farmakologiczną z obrzękami w okół płuc i serca. Bez jego zgody na intubację. Jego żona zwróciła na to uwagę przy zgonie, ale nie miał głowy na nic, a lekarze wymusili na nas by podpisać żeby nie robić sekcji mówiąc, że wiedzieliśmy że jest bardzo chory i to już nic nie da a wydłuży proces pogrzebowy. 


Piszę to ze spokojem, bo jak żona taty pytała co robić, zapytałam, czy chce wdać się w sądowne dochodzenie i czy to ulży jej w żałobie... Oni wiedzą na pewno, że dołożyli się do pogorszenia stanu pacjenta, jeśli tak się stało. Wiedzą - bo tuszowali to. Wiedzą, bo jak podali kontrast, to on gwałtownie stracił przytomność i musieli go uśpić, rzucić do OIOMu i powiedzieć po kilku dniach rodzinie, że ich bliski nie żyje. 
Ale czy nam to odda ukochanego człowieka? Czy nam coś da to szarpanie się z kimś, kto nieopacznie powiedział "podajcie mu kontrast? 90ml czegoś.... " ? Nie. 

(Wto 12:12 03 Mar 2015)

wtorek, 14 kwietnia 2015

62

Ostatni wpis był z końca września, przeżywałam wtedy depresję... Każdy mój epizod depresyjny wydaje się tym najgorszym, najstraszniejszym i rozważam odejście.
Nie sądziłam, że będzie coś gorszego.
I nic nie przygotowało mnie na ból, jaki poczuję niebawem.

Depresja, jaka wtedy przyszła - była efektem zastoju w moim życiu. Ja po prostu nie umiem się cieszyć spokojem i stabilnością. Po dwóch latach szarpaniny, 4 latach niepokoju... w końcu osiągnęłam mój wymarzony stan. Rozwiodłam się, znalazłam mieszkanie, wyprowadziłam się ze wspólnego na własne, wyremontowałam je i urządziłam i zamieszkałam z ukochaną osobą. Uniezależniłam się emocjonalnie i finansowo od kogoś, kto mnie nie kochał, kto sprawował nade mną jedynie władzę i opiekę. Z dziecka stałam się dorosłą kobietą.

Zagubioną kobietą, stawiającą pierwsze kroki.

Kiedy oswoiłam się ze spokojem i w końcu wszystko wskazywało na to, że mogę osiąść radośnie... kiedy sięgnęłam po książkę, zapalając nocną lampkę na stoliku przy kanapie w moim własnym salonie... wierzcie, to było moje marzenie by zrobić to we własnym domu (i sama opłacać prąd), nie minął miesiąc, kiedy - tym razem mój świat znowu miał się zachybotać.

2 stycznia tego roku zmarł mój ukochany Ojciec, mój Przewodnik Życiowy i Przyjaciel.

Zmarł 10 dni po swoim ślubie. W szpitalu, w otoczeniu rodziny. Na karcie zgonu lekarze wpisali niewydolność płucną, sercową. Zapomnieli wspomnieć o ich własnych błędach.

Zostawił dzieci, świeżo poślubioną żonę, wnuki, dalszą rodzinę, przyjaciół, mnóstwo niedokończonych spraw. Nie zdążył spełnić swojego marzenia, jakim były Włochy... sprezentowaliśmy mu wycieczkę na walentynki z okazji ślubu...

Tata był dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu.

Kiedyś, mojemu Przyjacielowi opowiedziałam, że moje życie mogę porównać do wzburzonego morza, na którym jestem na łódce. I czuję obecność bliskich mi osób, bo jestem niezwykle rodzinna. I zawsze na tej łódce jest właśnie Tata... Bracia... Był mój mąż, bo był opiekunem przez wiele lat... był i Przyjaciel... i jest mój ukochany.

A dziś... dziś nie ma na tym świecie ani Taty, ani nawet Przyjaciela.
Zmarł w zeszłym tygodniu.Młody człowiek, ogromne wsparcie jakie sobie dawaliśmy w ciężkich chwilach - nigdy tego nie zapomnę.

Dwie śmierci w przeciągu 3 miesięcy.

Naokoło mnie umierają ludzie. Idę ulicą, jedzie pogotowie na sygnale. Zatrzymują się. Wypada kierowca, wbiega do karetki od tyłu, coś tam się dzieje, po dłuższej chwili wychodzi, powoli. Wraca za kierownicę i nie włącza sygnału. Jedzie powoli.

Nie wiem już jak reagować.

Wiem, że wyszłam z depresji i pozostało mi cieszyć się tym, co mam.
Póki mam.


sobota, 27 września 2014

63

Jest 4:18 mojego czasu.
Przyszła, rozsiadla się i nie chce odejść. Wczoraj wzięłam pierwszą tabletkę by jej się pozbyć. (o tydzień za późno) Czy kolejny raz się uda?...

Zaczyna się malymi nierównościami, lekkimi dysocjami i depersonalizacja. Potem dochodzą problemy ze snem i co jakiś czas atakują "złe myśli". Uparczywe, z którymi ciężko walczyć, więc wpada się w ataki paniki. Gdy świat zachodzi mgła, ciężką kotara obojętności, już nie chce się ani go zmieniać ani prosić o pomoc.

Zresztą pomóc jest doraźna. Ukochany (źródło, z którego czerpią pomysly "zle myśli"), który robi co może? Herbatę przynieść, przytulić, powiedzieć, ze to nie prawda i ze się boi. I leki. Farmakologia, która usypia, daje wytchnienie na kilka godzin, póki antydepresant nie wskoczy.

A co z życiem? Co z pracą? Co z resztą? Tak bardzo to odległe i obojętne mi w tej chwili...

środa, 10 września 2014

64

Czasami zastanawiam się, dlaczego prowadzę taki rozbiegany blog. Dlaczego nie jest jasny i prosty, o tym co mnie interesuje, pasjonuje, o podróży czy gotowaniu, jasny layout, chwytliwa nazwa, może jakaś reklama. Prowadziłam nawet coś takiego! o, tutaj!
Dlaczego więc ciągnie mnie do takich mrocznych klimatów, ciągle wracam do swoich przemyśleń, doświadczeń, pracy nad sobą i upadków? Opisuję swoją drogę, walkę z wiatrakami, sinusoidę nastrojów, tripy z dragami i z drogą... I ten uparczywy brak systematyczności...


Nie próbuję już z tym walczyć, robić zrywów niczym powstańca rozpaczliwie szukający cienia szansy na zmianę... Rewolucjonistka, która po krótkotrwałym zrywie ogląda się za siebie, spuszcza łeb i zastanawia się... po co...


Ale jest taki moment, w którym słowo po co można usunąć. Stwierdzić: czy to ważne?
"Po co" pytają nastolatki, jak im się nie chce (z lenistwa) i staruszkowie, gdy są już zmęczeni.


Nie jestem ani jednym, ani drugim, chociaż hoduję od zawsze jedno i drugie.


Jestem dorosła.
Biorę odpowiedzialność za swoje życie, swoje decyzje i wybory.
I jestem tego cholernie świadoma.


Wczoraj przeczytałam pozew rozwodowy napisany przez mojego przyszłego byłego męża. Zanim to się stało, spotkałam się z teściową, po pracy.
Byłyśmy sobie bardzo bliskie i z radością stwierdzam, że ta bliskość nadal gdzieś w nas jest. I nie chcę jej stracić. Rozwiązuje małżeństwo z jej synem, ale nie kontakt z nią. Cieszę się, bo mimo, że trudno jej zaakceptować te wybory, to cieszy się, bo wie, że dzięki temu dojrzałam.
Wróćmy jednak do pozwu. Czytając go miałam wpływ na jego treść, lecz nie skorzystałam z tego. To wersja tej drugiej strony. Powoda. Jestem teraz pozwaną, choć wnioskujemy o rozwód bez orzekania o winie. Mimo wszystko, czuję, że gdzieś pod warstwą jego słów czai się moja wina. To ja oddaliłam się od wyjeżdżającego zarobkowo męża. To ja wyprowadziłam się z pokoju, a następnie do własnego mieszkania.
Po rozmowie z teściową utwierdziłam się w przekonaniu, że wyglądało to tak, że wyzwoliłam się od niego, jego apodyktyczności tym, że się odcięłam, miałam swoje życie.


Moja wina?


Czuję złość, bo nie chcę już walczyć o prawdę, ale nie chcę przyjąć w sobie czyjejkolwiek perspektywy.


Chcę wrócić do tego dnia, kiedy z pełną świadomością i radością powiedziałam, że podjęłam decyzję o rozstaniu.
Ponad rok temu.
To nie był impuls.


Czytając ten cholerny pozew czułam, jak wzbiera we mnie złość, bo przypomniały mi wszystkie tłumione emocje, których on nie chciał bym uzewnętrzniała. "Bym się zachowywała", postępowała wg jakiś norm, żebym w końcu rzuciła papierosy. Żebym wyglądała lepiej. Żebym się zmieniła.
W końcu żebym się oddaliła albo zbliżyła. To pierwsze seksualnie, drugie - najlepiej do jego pasji, jakiej poświęcał najwięcej czasu i uwagi (gry).
ZŁOŚĆ, bo w tych słowach nie ma emocji, jakie czułam. Załamania, kompleksów i odrzucenia. Jest za to oddalenie, bo wyjeżdżał w celach zarobkowych. Ale jak przyjeżdżał emocjonalnie był dalej, niż gdy na statku w okolicach Karaibów. Tego nie wspomniał. I nie wspomniał, że na tych Karaibach, mimo że ponoć seksu nie lubił, to sobie przytulił jakąś kobietę.
Zła jestem, bo dawno temu narzuciłam sobie zakaz wybuchania i wytłumaczyłam to sobie (ku wyższemu dobru) i choćby po to, by móc powiedzieć, że rozstałam się z mężem w zgodzie.
Nawet teraz mam ochotę to usunąć.


Nie, nie, nie - ne, nee, nee.
Jestem świadoma siebie i dorosła. I obie te rzeczy nie wykluczają tego, że mogę się zachowywać jak chcę, wg MOICH norm. I chcę dookoła siebie osoby, które to uszanują i nie zechcą mnie zmieniać wg własnych zasad, a sprawiać, że ja będę chciała się rozwijać. Dojrzewać. I sama w ten sposób chciałabym oddziałowywać na innych.







czwartek, 31 lipca 2014

65

Graciak - bo tak nazwałam zdechlaczka, oficjalnie podający się za opla vectrę jest już z nami dwa tygodnie. To bardzo trudna miłość, pełna ambiwalentnych uczuć. Nigdy nie miałam do czynienia z tak kapryśnym samochodem i czuję, że to próba przed czymś większym.
Za każdym razem, gdy nim jadę czuję się, jakbym dokonywała czegoś niemożliwego, a jak już pozwala się oswoić i coraz pewniej zaczynam się czuć i wciskam pedał gazu, on stanowczo kiwa mi paluszkami, "mówiąc nie, nie, nie" i prymka wprowadzając mnie w konsternację...


I gaśnie.


Tak więc wpierw wymieniliśmy akumulator. Potem okazało się, że uszkodzony jest rozrusznik, konkretnie szczotki, w które wpakował się piaseczek, a były właściciel samochodu nie raczył nas poinformować... zamiast tego pokazuje nam super sposób na rozwiązanie tego problemu - wyciągając młotek i waląc nim po rozruszniku. Działa!
Na chwilę.
Kolejną rzeczą do naprawy jest silniczek krokowy, co to i po co - otóż, gdy hamuję i naciskam sprzęgło a obrotomierz silnika spada gwałtownie do zera to auto gaśnie. Ta rewelacja plus rozrusznik to się równa martwy pojazd.
I biegnący Misiak z młotkiem w ręku ;)


Gorzej, jeśli graciak umrze na środku skrzyżowania w Słupsku. A zadziało się tak w ostatnią niedzielę. Koszmar. Na szczęście jakiś miły pan holował nas na parking i stamtąd udało nam się go ożywić. I wrócić w atmosferze wkurwu. I silnym postanowieniu oddania.


Oczywiście zdrowy rozsądek kazał postąpić inaczej. Pojazd znalazł się na parkingu mechanika, który powiedział, co trzeba zrobić i walczymy. Dzielnie.
A jak auto się nie podda to czeka go szrot.


Nie ma grożenia. Że jak się poczuję zbyt pewnie to on mi będzie groził tym swoim wahadełkiem - paluszkiem. Nie, nie, nie!


Stracę ten tysiak, ten nowiutki akumulator, te 500zł w niego wciśnięte, ale nie będzie mi graciak stawiał warunków.


Swoją drogą, ile radości daje kupione za własne, zarobione pieniądze autko. I radość Misiaka, jak go uczę jeździć :) I moja radość, jak widzę, że mogę na nim polegać w naprawie graciaka, jak się sprawdza w tym. W sumie... warto było :)

środa, 9 lipca 2014

66

Niemal codziennie od ośmiu miesięcy chodzę do pracy. Włączam monitor, loguję się, wpisując dość długie hasło, odpalam program, dzięki któremu koordynuję pracę firmy. Ustawiam działania, przyporządkowując je do konkretnej osoby pod kątem umiejętności i czasu, czasami firmy, jaką się opiekuje dany konsultant. Dzwonię do firm, planuję spotkania. Wcześniej coś sprzedawałam, jakiś program czy komputer. Najczęściej czas.


Lubię swoją pracę. Nauczyła mnie ogromnej organizacji. Dała satysfakcję. Pieniądze. Niezależność. Nowe spojrzenie na własne życie, przyjemności i obowiązki. Większą przyjemność z czasu wolnego. Szacunek do samej siebie.


Była pierwszym krokiem w dorosłość.
Mogę powiedzieć, że zaczęłam wchodzić w dorosłość w wieku dwudziestu sześciu lat...


Wczoraj wzięłam wolne z pracy, pojechałam z Misiakiem na MRI (badanie, które miałam zrobić z tytułu wypadku samochodowego z września zeszłego roku), a potem lekarz, by załatwić sobie L4. To też takie małe obowiązki pracownicze ;)


A potem przygotowania. Studium kuchenne. Wybraliśmy kuchnię do nowego domu. Ile to wszystko kosztuje! Jeszcze podłogi! Drewniane czy panele? Marzyłam o drewnianych, ale kosztują ponad 9 tysięcy... a gdzie sprzęty? Lodówka, pralka, zlew, płyta gazownicza, okap? Stół, przy którym będziemy siedzieć z rodziną?


Popluskaliśmy się w fontannie czekając na mojego brata z rodziną i pojechaliśmy do naszego przyszłego domu. Z salonu wchodzi się na balkon, wystarczy wyciągnąć rękę by zerwać wiśnie... pełno wiśni. Czy lubię kompot z wiśni?


I grill z rodziną, rozmowy, plany, wszystko takie realne. I nagła nieoczekiwana propozycja, znajomy ma samochód na sprzedaż. Bardzo, bardzo tani, na chodzie. Chcesz? Chcę. Za kilka dni mam się nim przejechać, zobaczyć, czy dam radę takim zdechlaczkiem pełnoletnim pojeździć. Fioletowy. Tak na przekór o kolorze pisze, bo przecież doskonale wiem, że nie kolor jest ważny, tylko bebeszki.


I wieczorem, już siedząc razem z Misiakiem i moją rodzinką na kanapie mam ochotę płakać. Czuję się taka dorosła. Takie decyzje. Bez tego kogoś, kto mi powie: tego ci nie wolno, tamtego nie możesz, weź tylko to, tylko tyle.
Nie, Alis, możesz wszystko, na swoją odpowiedzialność. Jesteś dorosła.


I przeliczam te koszty, robię równania, odpalam excela, liczę i przeżywam każdy wydatek, roztropnie sobie wszystko analizuję. I wiem, czego się spodziewać a czego nie, wiem co chcę od życia i czego nie chcę.


I mimo wszystko cały czas pamiętam o jednej, najważniejszej sprawie. Nic, absolutnie nic bym nie osiągnęła, gdyby nie motywacja, którą mi daje miłość i wiara Misiaka i mojej Rodziny.

środa, 14 maja 2014

67

W tle psybient.
Zabawne, jak wiele myśli przebiega przez ludzki aparat rejestracji analiz i refleksji. Jak wiele można wyłapać rybek i jak wiele przepuścić mętnej wody. Wyłapać to, co istotne oraz to, co chciałoby się wyrzuć a to pływa… i odpłynąć nie chce.

Choćby dzień dzisiejszy. Przemyka mi jak taśma puszczona w starym kinie. W popsutym sprzęcie. Zwalnia, by cofnąć się i wyrwać do przodu niczym gumka recepturka w rękach dziecka. Lub niesfornego gówniarza, chcącego komuś zrobić psikus czyniąc niewielką krzywdę.

Słowa i myśli, sytuacje, w których widziałam wszystko z boku, przyglądając się nad rzeczywistością cicho podpowiadając kwestie… Tak, to nadaje się na terapię, zapamiętaj to: tato, nie sądzisz, że to było niesprawiedliwe? Że wszczepiłeś mi tą wewnętrzną nieufność, wątpliwości i krytycyzm, co z buntowniczą naturą daje wieczny niepokój, potęgowany ciągłym przekraczaniem własnym granic, po to głównie, by walczyć z zakorzenionymi przekonaniami? Nie chcę się z Tobą zgodzić, więc będę robić wbrew Twoim naukom? Czy więc moja otwartość i pokłady zaufania są pozorne?
I kolejna migawka, kiedy stanęłam na drewnianej tratwie z mostem bujanym zawieszonym na drzewach. Dwa tygodnie temu. I zachybotał świat tak pięknie. A M. powiedział… Masz wizuale? To cudownie! Dwa metry nad ziemią! Park Linowy plastelinowo się wyginał.

A świat wybuchł rozszczepionymi kolorami i halucynacjami. Przeszliśmy długą drogę przez las, łąkę i plażę. Całe życie ludzkie, lęki i marzenia, wzgórza i szczyty, spokój i harmonię po niepokój i strach. Weszliśmy do świata luster. Widziałam na twarzy M. fraktale, wzory o tańczących liniach. Krwinki tańczące, oddychające wraz z nim. Najpierw się bałam, potem fascynowałam, a potem oswoiłam. Niesamowite uczucie.
Po 13 godzinach próbowałam zasnąć, świat uspakajał mnie, ja świat, M. nas.

I teraz, gdy skończyła się moja nowa kołysanka, a ja kończąc notatkę szykuję się spać.

Jutro 6:48 zadzwoni budzik. Jak zwykle przesunę budzenie o 10min. A potem rozpocznę ceremoniał wyjściowy. Jak zwykle zegar nad sekretariatem w mojej firmie pokaże pięć minut mojego spóźnienia. Jak zwykle włączę moją stację roboczą osiem po ósmej.
Zapomnę o tym, że

Flow


środa, 19 marca 2014

68

W magazynie wspomnień
Tu stoję sam, na chorym rozwidleniu moich jaźni
Stoję sam, na rozgałęzieniu dróg
Stoję sam, na chorym rozwidleniu moich jaźni
Stoję sam, w nieznośnej akupunkturze wyborów i spraw


 

Kiedy dokona się wyboru, kiedy wykona pierwsze kroki, tąpnięcie i trach! Za późno na odwrót, na cofnięcie. Nawet, kiedy wiesz, że żadnego cofnięcia nie chcesz, to myślisz sobie, czy krok wstecz nie byłby lepszy niż ten gwałtowny spadek. W dół.

Zabierają Ci wszystko. Oddają Ci wszystko.

Bo nie masz nic.

Masz wszystko.

 

Śnił mi się piękny, słoneczny dzień. Taki, jak z gier komputerowych, bezwietrzny, cyfrowa jakość, atmosfera idealna. Podwórko, a na nim dwie grupy. Jak w grze. Oni, i my. Z prawdziwymi karabinami maszynowymi, rozłożeni po stodołach, na maszynach rolniczych. Oni na stanowiskach strzeleckich, my na pozycjach, chcąc odbić podwórko. Nasi biegali osłaniając się wzajemnie, tamci szykowali się do ostrzału. Widziałam to z góry.

Widziałam też siebie z góry. Byłam pod osłoną, pod płachtami zabezpieczającą, która w tych ochronnych barwach powiewała sobie a ja leżałam nieruchomo, „obserwując” wszystko z mojego bezpiecznego miejsca pod „płaszczykiem ochronnym”.

Gdy tak leżałam pod ostrzałem, ktoś mnie podniósł, mówiąc, że zaraz mnie zabiją, z mojego bezpiecznego miejsca! Przeniósł ze środka podwórka, skąd miałam doskonały widok, choć byłam cała przykryta i schował za jakiś kombajn. Stamtąd nie czułam się już tak dobrze, czułam się paradoksalnie bardziej odsłonięta, nie byłam pewna, czy nadal miałam na sobie plandekę…

Obudziłam się z mieszanymi uczuciami.

 

Zrobiłam tyle, a czuję się, jakbym stała w tym samym miejscu.

Jakim miejscu?

Stało się tyle – że ja nie mam swojego miejsca.

Chciałabym mieć swój bezpieczny dom, swoją własną kuchnię, salonik, sypialnię, okno, na której będą moje roślinki, tylko moje zasady, gdzie będzie Mój Człowiek, Moja Miłość, który mnie wpuścił do swojego życia i którego ja wpuściłam… i nasze decyzje.

Tymczasem mam magazyn wspomnień. I nagłe tąpnięcie. Zamykam oczy, do magazynu wlewają się: dom rodziców, dom małżeński. W obu uczestniczyłam, oba były moimi… kiedyś.