Kolejna zmiana
Przechodzę z bloga na bloga... dalej nie łączę wszystkiego w jedno w myśl zasady by nie robić bigosu.
Zapraszam tutaj:
www.jaksietrzymac.blogspot.com
i tutaj:
www.regalzksiazkami.blogspot.com
i tutaj:
https://www.facebook.com/jaksietrzymac/?ref=bookmarks
wtorek, 10 kwietnia 2018
wtorek, 8 grudnia 2015
wtorek, 24 listopada 2015
niedziela, 22 listopada 2015
50
Aktualizacja dobiegła końca i chciałabym Was zaprosić na moją stronę. (planowałam to zrobić przy zerowym wpisie, ale osiągnęłam coś już wcześniej :)
Blog:http://alicja.jaksietrzymac.pl/
Strona:http://jaksietrzymac.pl
Blog będzie kontynuacją tego, co tu zaczęłam,
Strona jednak będzie o tym, jak się trzymać, jak sobie radzić oraz gdzie szukać pomocy.
Zapraszam :)
Blog:http://alicja.jaksietrzymac.pl/
Strona:http://jaksietrzymac.pl
Blog będzie kontynuacją tego, co tu zaczęłam,
Strona jednak będzie o tym, jak się trzymać, jak sobie radzić oraz gdzie szukać pomocy.
Zapraszam :)
poniedziałek, 16 listopada 2015
51
Warto było czekać. Abilify się rozkręciło po kilku dniach i stałam się inną osobą. Wesołą, bez jazd, bez schiz, pełną energii. Czuję się wręcz górkowo, hipomaniakalnie. Ale to nie to - czuję, że jestem taka, jaką zawsze chciałam być. Kreatywną, pełną radości i spontaniczną.
Ruszyłam z kolejnym blogiem, tym razem rekomendującym różne produkty - http://raportuje.blogspot.com/
Znalazłam, przerobiłam i w zasadzie utworzyłam swoje logo na nową stronę, nad którą teraz pracuję.
I to samo logo namalowałam na koszulce, pierwszy raz bawiąc się tego typu kreatywnością - chociaż farby do tkanin miałam od dawna w swoim składziku.
W pracy także czuję się wydajniejsza.
Kupiłam kilka książek, między innymi Umysł ponad nastrojem, który teraz przerabiam, niczym podręcznik :)
Codziennie gotuję coś wymyślnego (lub piekę, dziś było to ciasto marchewkowe z przepisu Jadłonomi, niestety dałam za dużo sody oczyszczonej i trochę ma mydlany posmak.
Wczoraj robiłam kitri z prawdziwego zdarzenia i było prze-cu-do-wne!
Jak to się stało w ogóle, że wcześniej miałam tak skiśnięty nastrój... jak to się dzieję, że zaledwie połowa tabletki Abilify zrobiła ze mnie szczęściarę?
Ruszyłam z kolejnym blogiem, tym razem rekomendującym różne produkty - http://raportuje.blogspot.com/
Znalazłam, przerobiłam i w zasadzie utworzyłam swoje logo na nową stronę, nad którą teraz pracuję.
I to samo logo namalowałam na koszulce, pierwszy raz bawiąc się tego typu kreatywnością - chociaż farby do tkanin miałam od dawna w swoim składziku.
W pracy także czuję się wydajniejsza.
Kupiłam kilka książek, między innymi Umysł ponad nastrojem, który teraz przerabiam, niczym podręcznik :)
Codziennie gotuję coś wymyślnego (lub piekę, dziś było to ciasto marchewkowe z przepisu Jadłonomi, niestety dałam za dużo sody oczyszczonej i trochę ma mydlany posmak.
Wczoraj robiłam kitri z prawdziwego zdarzenia i było prze-cu-do-wne!
Jak to się stało w ogóle, że wcześniej miałam tak skiśnięty nastrój... jak to się dzieję, że zaledwie połowa tabletki Abilify zrobiła ze mnie szczęściarę?
wtorek, 10 listopada 2015
52
Nie jestem pewna, co mi wczoraj w kartę choroby wpisał lekarz, ale dostałam refundowany Abilify 15mg. To pierwsze moje spotkanie z tym lekiem.
Wcześniej brałam Topamax (topiromat) do 200mg, który dobrze na mnie działał. I całe mnóstwo tych, które nie działały lub działały słabo (karbamazepina, kwas walproinowy, chlorprotiksen, lamotrygina, kwetiapina) i takie które mnie uspokoiły w manii, ale zaciągnęły w depresję (olanzapina).
Jak już sobie spis robię, to z antydepresantów działała na mnie wyłącznie paroksetyna. I chociaż przytyłam po niej i zaburzały funkcję seksualną to wyrwał mnie dwukrotnie z ramion depresji. Pozostałe antydepresanty nie odczuwałam (fluoksetyna, sertralina, trazodon (Triticco - działał, ale nasennie), ale jak widać wcale aż tak dużo ich nie brałam.
Nie chciałam wracać do leków. Czuję się jakbym się poddała (wierzyłam w autoterapię, hamowanie się etc) miałam nadzieję, że to bardziej border niż chad, albo w ogóle Wielka Ściema. Ale nie. Jestem osobą, która umie się hamować. Umie sobie wytłumaczyć wiele rzeczy. Ale gdy odczuwam to, co teraz (stan?) wybucham co chwila. Nie panuję nad sobą. Rzucam przedmiotami, co mi się prawie nigdy nie zdarza. Złoszczę się. Śmieję, wrednie odzywam by za chwilę wybuchać płaczem. To dla mnie trudne, zwłaszcza gdy niechcący ta złość i rozdrażnienie będzie się "rozlewać" na mój związek.
Pierwsza doba po wzięciu Abilify była koszmarna. Przespałam 4 godziny, wstałam o 2, pokręciłam się, nie mogłam zasnąć i o 4. wstałam. Być może przysnęłam koło 6. i czułam się na tyle paskudnie, miałam mdłości, rozdrażnienie na poziomie master, że zrezygnowałam z pójścia do pracy. Jutro Dzień Niepodległości, więc też nie muszę nikogo oglądać (ani nikt mnie).
Niech spokojnie leki robią spustoszenie w moim organizmie, zabierając ze sobą to, co się ze mną teraz dzieje.
Wcześniej brałam Topamax (topiromat) do 200mg, który dobrze na mnie działał. I całe mnóstwo tych, które nie działały lub działały słabo (karbamazepina, kwas walproinowy, chlorprotiksen, lamotrygina, kwetiapina) i takie które mnie uspokoiły w manii, ale zaciągnęły w depresję (olanzapina).
Jak już sobie spis robię, to z antydepresantów działała na mnie wyłącznie paroksetyna. I chociaż przytyłam po niej i zaburzały funkcję seksualną to wyrwał mnie dwukrotnie z ramion depresji. Pozostałe antydepresanty nie odczuwałam (fluoksetyna, sertralina, trazodon (Triticco - działał, ale nasennie), ale jak widać wcale aż tak dużo ich nie brałam.
Nie chciałam wracać do leków. Czuję się jakbym się poddała (wierzyłam w autoterapię, hamowanie się etc) miałam nadzieję, że to bardziej border niż chad, albo w ogóle Wielka Ściema. Ale nie. Jestem osobą, która umie się hamować. Umie sobie wytłumaczyć wiele rzeczy. Ale gdy odczuwam to, co teraz (stan?) wybucham co chwila. Nie panuję nad sobą. Rzucam przedmiotami, co mi się prawie nigdy nie zdarza. Złoszczę się. Śmieję, wrednie odzywam by za chwilę wybuchać płaczem. To dla mnie trudne, zwłaszcza gdy niechcący ta złość i rozdrażnienie będzie się "rozlewać" na mój związek.
Pierwsza doba po wzięciu Abilify była koszmarna. Przespałam 4 godziny, wstałam o 2, pokręciłam się, nie mogłam zasnąć i o 4. wstałam. Być może przysnęłam koło 6. i czułam się na tyle paskudnie, miałam mdłości, rozdrażnienie na poziomie master, że zrezygnowałam z pójścia do pracy. Jutro Dzień Niepodległości, więc też nie muszę nikogo oglądać (ani nikt mnie).
Niech spokojnie leki robią spustoszenie w moim organizmie, zabierając ze sobą to, co się ze mną teraz dzieje.
poniedziałek, 2 listopada 2015
53
Halo? Puk, puk?
Pukam Ci w szybkę ekranu.
Daj znać, jeśli tam jesteś.
Mam pomysł, co zrobić, gdy dojdziemy do zera i chciałabym wiedzieć, czy jest tak, jak mówią statystyki, a statystyki mówią, że tam jesteś.
Zostaw komentarz!
Tymczasem zapraszam Cię do mojego bloga recenzenckiego, gdzie umieściłam recenzję dotyczącą książki psychologicznej, pierwszej z serii psycho-recenzje, które zamierzam kontynuować.
Pukam Ci w szybkę ekranu.
Daj znać, jeśli tam jesteś.
Mam pomysł, co zrobić, gdy dojdziemy do zera i chciałabym wiedzieć, czy jest tak, jak mówią statystyki, a statystyki mówią, że tam jesteś.
Zostaw komentarz!
Tymczasem zapraszam Cię do mojego bloga recenzenckiego, gdzie umieściłam recenzję dotyczącą książki psychologicznej, pierwszej z serii psycho-recenzje, które zamierzam kontynuować.
wtorek, 20 października 2015
54
Ostatnie kilka dni były bardzo napięte. Wiele różnych emocji się pojawiło. Taki czas jest szczególnie dla mnie niebezpieczny ale i też szczególnie lubiany :)
Mój M. musiał wrócić do Polski z powodów niezależnych od siebie. Mimo pracy i posiadanych wszelkich predyspozycji (radził sobie rewelacyjnie) został wyrzucony z pokoju, który wynajmował od nieuczciwej Landlady. W zasadzie żadna lady z niej nie była, ponieważ z dnia na dzień kazała się wyprowadzić z mieszkania jemu i dwojgu rosyjskim braciom. W ten sposób - przed wypłatą - musiał wrócić do Polski. Pojawił się we mnie sprzeciw, ale rozumiem doskonale, że nie za bardzo było wyjście. Teraz zaś ma już załatwiony NIN, konto bankowe w Bank of Scotland i wiedzę, jak sobie poradzić następnym razem.
Bo ten następny raz będzie. Zamierzamy za pół roku wrócić oboje do Aberdeen i tam rozpocząć nową przygodę. Mało tego, nie tylko sobie tam zarobkowo żyć, ale i założyć rodzinę a ja chciałabym się uczyć - wpierw doszlifować język a następnie pójść na Uniwersytet, na psychologię.
Zrobię to! Bo to moje marzenie a wszystkie moje marzenia się spełniają :)
Również w temacie marzeń - zamiast w środę do Aberdeen, gdzie miałam odwiedzić M. - jedziemy w Bieszczady. Od lat marzę o Bieszczadach, o spacerach w dziczy i wśród gór. Tych właśnie gór!
Ostatnio byłam na warsztatach rozwojowych organizowanych przez Festiwal ProgreSSteron. Świetna inicjatywa, cudowna energia kobieca, niesamowite wsparcie. Na jednym z warsztatów zadałyśmy sobie pytani, bez czego nie mogłybyśmy żyć i co chciałybyśmy robić, gdyby nie było absolutnie żadnych ograniczeń. Doszłam do wniosku, że jest to wsparcie i chciałabym pójść na psychologię.
I gdy zaczęły pojawiać się wątpliwości... m.in. wiek (10 lat temu pisałam maturę, jedne studia skończyłam), pieniądze, długą drogę edukacji... nowo poznane koleżanki z ogromną łatwością zaczęły mnie przekonywać, że takie przeszkody to nic! Że jak chcę to się uda!
I myślę, że faktycznie może się udać. Choćbym za 10 lat miała zostać psychologiem ;)
Mój M. musiał wrócić do Polski z powodów niezależnych od siebie. Mimo pracy i posiadanych wszelkich predyspozycji (radził sobie rewelacyjnie) został wyrzucony z pokoju, który wynajmował od nieuczciwej Landlady. W zasadzie żadna lady z niej nie była, ponieważ z dnia na dzień kazała się wyprowadzić z mieszkania jemu i dwojgu rosyjskim braciom. W ten sposób - przed wypłatą - musiał wrócić do Polski. Pojawił się we mnie sprzeciw, ale rozumiem doskonale, że nie za bardzo było wyjście. Teraz zaś ma już załatwiony NIN, konto bankowe w Bank of Scotland i wiedzę, jak sobie poradzić następnym razem.
Bo ten następny raz będzie. Zamierzamy za pół roku wrócić oboje do Aberdeen i tam rozpocząć nową przygodę. Mało tego, nie tylko sobie tam zarobkowo żyć, ale i założyć rodzinę a ja chciałabym się uczyć - wpierw doszlifować język a następnie pójść na Uniwersytet, na psychologię.
Zrobię to! Bo to moje marzenie a wszystkie moje marzenia się spełniają :)
Również w temacie marzeń - zamiast w środę do Aberdeen, gdzie miałam odwiedzić M. - jedziemy w Bieszczady. Od lat marzę o Bieszczadach, o spacerach w dziczy i wśród gór. Tych właśnie gór!
Ostatnio byłam na warsztatach rozwojowych organizowanych przez Festiwal ProgreSSteron. Świetna inicjatywa, cudowna energia kobieca, niesamowite wsparcie. Na jednym z warsztatów zadałyśmy sobie pytani, bez czego nie mogłybyśmy żyć i co chciałybyśmy robić, gdyby nie było absolutnie żadnych ograniczeń. Doszłam do wniosku, że jest to wsparcie i chciałabym pójść na psychologię.
I gdy zaczęły pojawiać się wątpliwości... m.in. wiek (10 lat temu pisałam maturę, jedne studia skończyłam), pieniądze, długą drogę edukacji... nowo poznane koleżanki z ogromną łatwością zaczęły mnie przekonywać, że takie przeszkody to nic! Że jak chcę to się uda!
I myślę, że faktycznie może się udać. Choćbym za 10 lat miała zostać psychologiem ;)
piątek, 18 września 2015
55
Zawitało słońce, zakiełkowały nowe plany... I nawet wyjazd Mojej Drugiej Połówki nie straszny. Czuję, że jestem Mu potrzebna, by go wspierać i wierzyć. I tak też robię. Wiara w ukochaną osobę i wiara w piękną przyszłość jest tak silna, że udało się wyjść z dołka.
Oczywiście Szafracuem oraz Pramolan wspomogły mnie. Pramolan to takie małe podstępne coś, co mi dał pan doktor zamiast antydepresantu. W 3 dni wyciągnął mnie z mroku, zaś Szafraceum polecił mi inny pan doktor i jest to ziołowy suplement diety i mimo mojego sceptyzmu - naprawdę działa.
Nie, nie jestem ambasadorką żadnego z nich ;)
Tak jak wspominałam - w piątek mój ukochany wyjechał a ja jestem w PL, pracuję i cholery dostaję, bo sezon martwy i chwilowo nic prócz siedzenia na tyłeczku i przeszukiwaniu Internetu nie robię. Piję jeszcze herbatę ziołową, oczywiście. Moje nerki kochają moją pracę, bo ciągle coś piję zdrowego.
Za to kręgosłup nie bardzo i on mnie martwi, gdy będę już chciała dołączyć do M. - co będę robić? Z takim pogruchotanym kręgosłupem?
Dziś bardzo chaotycznie, bo moje myśli są rozbiegane. Mam w głowie mnóstwo planów, w dodatku jutro jadę na Zlot do Poznania, biorę ze sobą Blablacarowiczów a to znaczy, że muszę się z nimi dogadać - jak i gdzie dojechać po nich.
W zasadzie wszystkie myśli mi się kotłują, pędzą i ja sama mam ochotę pędzić, niepokojące.
Trzeba się obserwować (chociaż z drugiej strony - co mi da obserwacja? Ostatnią hipomanię przeżyłam bez leków, za to produktywnie bardzo, nie miałabym więc nic przeciwko takiej produktywności na hipo i teraz).
Zdrowego i radosnego weekendu!
Oczywiście Szafracuem oraz Pramolan wspomogły mnie. Pramolan to takie małe podstępne coś, co mi dał pan doktor zamiast antydepresantu. W 3 dni wyciągnął mnie z mroku, zaś Szafraceum polecił mi inny pan doktor i jest to ziołowy suplement diety i mimo mojego sceptyzmu - naprawdę działa.
Nie, nie jestem ambasadorką żadnego z nich ;)
Tak jak wspominałam - w piątek mój ukochany wyjechał a ja jestem w PL, pracuję i cholery dostaję, bo sezon martwy i chwilowo nic prócz siedzenia na tyłeczku i przeszukiwaniu Internetu nie robię. Piję jeszcze herbatę ziołową, oczywiście. Moje nerki kochają moją pracę, bo ciągle coś piję zdrowego.
Za to kręgosłup nie bardzo i on mnie martwi, gdy będę już chciała dołączyć do M. - co będę robić? Z takim pogruchotanym kręgosłupem?
Dziś bardzo chaotycznie, bo moje myśli są rozbiegane. Mam w głowie mnóstwo planów, w dodatku jutro jadę na Zlot do Poznania, biorę ze sobą Blablacarowiczów a to znaczy, że muszę się z nimi dogadać - jak i gdzie dojechać po nich.
W zasadzie wszystkie myśli mi się kotłują, pędzą i ja sama mam ochotę pędzić, niepokojące.
Trzeba się obserwować (chociaż z drugiej strony - co mi da obserwacja? Ostatnią hipomanię przeżyłam bez leków, za to produktywnie bardzo, nie miałabym więc nic przeciwko takiej produktywności na hipo i teraz).
Zdrowego i radosnego weekendu!
wtorek, 8 września 2015
56
Znasz taką piosenkę, Maanam, Krakowski Spleen? Teoretycznie ma na celu "rozgonić ciemne, skłębione zasłony" PRLowskiej kotary, jaka jeszcze w czasie pisania tej piosenki przysłaniała umysły i granice Polaków, ja jednak czuję dreszcz, gdy słyszę mocny głos Kory i mocno wierzę, że i moje kotary rozgoni.
Jak się żyje za kotarą?
Obojętnie. Smutno. Czekając wciąż na coś. Obojętność jest bliska pustki, ale przekonałam się, że jednak nie jestem pusta jak naczynie. Jestem znudzona, apatyczna, rozniecam się na moment czy dwa by z powrotem opaść na swoją mieliznę.
M. wyjeżdża za kilka dni i nie jego wyjazd jest materią mojej kotary. Może pogoda? Pada deszcz i wieje wiatr, temperatura gwałtownie spada, praca staje się nużąca a kręgosłup, który kilka lat temu nadwyrężyłam wypadkiem samochodowym mocno daje w kość. Kilka lat temu... to daje nadzieję - te kilka lat temu. Bo "kilka lat temu" nie wiedziałam nawet, że mogę depresję oszukać nadając jej imię i oswajając ją. Dalej jej nie lubię, dalej upokarza mnie robiąc ze mnie tępą marionetkę moich własnych nastrojów. A może nie moich własnych? Przecież każdą kotarę trzeba do czegoś przyczepić, by móc ją zasunąć...
Jak się żyje za kotarą?
Obojętnie. Smutno. Czekając wciąż na coś. Obojętność jest bliska pustki, ale przekonałam się, że jednak nie jestem pusta jak naczynie. Jestem znudzona, apatyczna, rozniecam się na moment czy dwa by z powrotem opaść na swoją mieliznę.
M. wyjeżdża za kilka dni i nie jego wyjazd jest materią mojej kotary. Może pogoda? Pada deszcz i wieje wiatr, temperatura gwałtownie spada, praca staje się nużąca a kręgosłup, który kilka lat temu nadwyrężyłam wypadkiem samochodowym mocno daje w kość. Kilka lat temu... to daje nadzieję - te kilka lat temu. Bo "kilka lat temu" nie wiedziałam nawet, że mogę depresję oszukać nadając jej imię i oswajając ją. Dalej jej nie lubię, dalej upokarza mnie robiąc ze mnie tępą marionetkę moich własnych nastrojów. A może nie moich własnych? Przecież każdą kotarę trzeba do czegoś przyczepić, by móc ją zasunąć...
czwartek, 27 sierpnia 2015
57
Lubię zmiany. A najlepiej robić sobie totalną odnowę - wielki start. Szkoda, że zazwyczaj brakuje mi systematyczności by to kontynuować, ale... Pomińmy ten szczegół. ZAWSZE trzeba próbować :)
Od około tygodnia postanowiłam (znowu) żyć zdrowo. Mam cały arsenał ze sobą, łącznie z motywacją. Oczywiście zaczęło się od blogów vegańskich i ich porad dotyczących detoxu całego organizmu. Jednak ja nie mogę tak od razu wejść na detox, bo mój organizm by jeszcze dostał szoku! Spokojnie wprowadzam zdrowe nawyki (nawyki!). Ale od początku! Zmian, które wprowadziłam lub jestem w trakcie:
Od około tygodnia postanowiłam (znowu) żyć zdrowo. Mam cały arsenał ze sobą, łącznie z motywacją. Oczywiście zaczęło się od blogów vegańskich i ich porad dotyczących detoxu całego organizmu. Jednak ja nie mogę tak od razu wejść na detox, bo mój organizm by jeszcze dostał szoku! Spokojnie wprowadzam zdrowe nawyki (nawyki!). Ale od początku! Zmian, które wprowadziłam lub jestem w trakcie:
- Więcej wody! Muszę nawodnić organizm, bo czuję, ze coś niedobrego się ze mnie dzieje. Nerki mnie dość często bolą, czuję się opuchnięta i postanowiłam poczytać o oczyszczaniu, nawadnianiu i znalazłam:
- herbaty ziołowe - w tej chwili moja cecha pt. "więcej! więcej!" szaleje. Kupiłam czystek, białą morwę, pokrzywę, kwiat czarnego bzu, znalazłam w odmętach szafki żurawinę i chleję. Aż bulgocze.
- warzywa. Uwielbiam warzywa i staram się je przemycać wszędzie. Obiady, śniadania do pracy. M. się nie buntuje, więc uważam to za pełną akceptację.
- mniej słodyczy - tu odnoszę sukces, ponieważ od kilku dni NIE KUPUJĘ słodyczy. Niestety w pracy mnie nimi częstują ;)
- bakalie, suszone owoce - zamiast słodyczy właśnie. Zakochałam się w suszonych morelach!
- ruch - nienawidzę się ruszać. Wolę pełzać ;) Naprawdę chciałabym coś w tym temacie zrobić, ale mogę jedynie spacerować. Nie znoszę biegać, męczyć się, nawet pływanie mi nie idzie. Muszę sobie radzić inaczej.Może przyjemniej, bo w końcu sex to zdrowie i sport niewątpliwie.
- cytryna - staram się pić wodę z cytryną. Staram się - bo mimo, że lubię to zapominam. Dziwne - bo o kawie z zaparzarki z samego rana nie zapominam :)
Aby trochę rozjaśnić dzisiejszy post i te wszystkie różne moje fanaberie stwierdziłam, że je usystematyzuję i wkleję, bo może nie tylko mnie zmobilizują do Wielkich Zmian.
- Detox - rozjaśnia po co się go stosuje, jak często i jak się go przeprowadza.
- właściwości moreli (suszonych) zjadam od kilku dni około 10 dziennie
- Przepis na detox - Fashionelki - czyli jak pozbyć się nadmiaru wody z organizmu, autorka opisała też działania ziół, które również sobie sprezentowałam i piję:
Cytuję: "Wyciąg ze znamion kukurydzy działa moczopędnie i wyraźnie zwiększa ilość usuwanych tą drogą moczanów, fosforanów i szczawianów. Liście morwy białej również mają działanie antyoksydacyjnie. Dodatkowo ograniczają przyswajanie cukru po posiłkach, dzięki czemu pomaga w utrzymaniu prawidłowej masy ciała. Warto też zaznaczyć, że liście morwy białej zmniejszają łaknienie na słodycze! (...) Z kwiatów czarnego bzu zwykle robi się nalewki, ale warto suszone kwiaty zaparzyć. Zawierają dużo flawonoidów, kwasów fenolowych, kwasów organicznych oraz soli mineralnych. Działają moczopędnie ale też uszczelniają ściany naczyń włosowatych i poprawiają ich elastyczność"
Żeby nie było, że tylko detox organizmu robię - postanowiłam reaktywować moją manię włosową. Dzisiejszy wypad do Rossmana przyniósł mi same radości. Miałam nic nie kupować, przecież w grudniu mam wyjeżdżać (czuję, że będzie to styczeń) ale zobaczyłam promocję - szampon do włosów z olejkiem arganowym... ciężko się powstrzymać.
Myślę, że do tych wszystkich zmian zmotywowałam się ogólnym stanem zdrowia ale też wielkim sukcesem mojej drugiej połówki. Mianowicie: Rzucił palenie. Pomógł mu przy tym Desmoxan, to jego trzecie podejście i mocno wierzę, że ostatnie - udane. Popołudniami siedzimy sobie i "palimy winogrona" skubiąc je oczywiście, bo ma jeszcze potrzebę miętoszenia czegoś w palcach i wkładania do buzi... winogrona doskonale się do tego nadają :D
czwartek, 13 sierpnia 2015
58
Dziś byłaby siódma, tak zwanie miedziana, rocznica ślubu. Gdyby nie to, że rok temu się z moim mężem rozwiodłam a dwa lata temu oficjalnie rozstałam.
Chciałabym opowiedzieć o zamierających uczuciach. O tym, jak bardzo jesteśmy kowalami swego losu. O tym, jak dwie kochające się osoby mogą stać się sobie dalekie, obojętne.
Mogłabym napisać, że nie było Wielkiej Kłótni rozrywającej więzy ślubne... ale to nie prawda - było pełno małych kłótni, aż do momentu, gdy nie trzeba było już nic mówić, po prostu żyć swoim życiem. Kiedy żadne prośby kontaktu nie dawały rezultatów a próby zbliżenia kończyły się pretensjami. Kiedy już nie dało się żyć w samotni i szukało się kogokolwiek, by poczuć chociaż trochę ciepła. Aż wreszcie spojrzenie na swój świat jak na złotą klatkę, z której na pozór wyjścia nie ma... gdzie powoli zdychało to, co się budowało przez 12 lat. On znalazł ciepło w ramionach kogoś, ja znalazłam środek zastępczy w postaci narkotyków, by stłumić potrzebę miłości.
Aż przyszedł moment, w którym nie chciałam czkać na kolejną depresję - musiałam wziąć swoje życie we własne ręce i uwolnić siebie i jego z krat, które sobie nałożyliśmy.
Nie było dramatycznych scen. Nigdy nie ma, gdy już wszystko się wypaliło z jednej i z drugiej strony. Było tylko "jak sobie poradzisz?"...
I radość, olbrzymia radość, bo "poradzę sobie"! Bo życie nabrało znowu kolorów, możliwości. Bo chciałam odzyskać swoje życie, znaleźć szczęście, miłość, miejsce na świecie!
Rzadko myślę o małżeństwie. Chyba wyparłam też te wszystkie lata, chociaż chwilami odbijają się lęki i osobiste dramaty uruchamiające schematy... odrzucenie, gdy chciałam się tulić; niezrozumienie, gdy cierpiałam na depresję, brak uwagi, wymagania z kosmosu...
Uruchamiające się schematy - wydawało mi się, że obserwując mój teraźniejszy związek widzę coś, co widziałam wtedy i reaguje na to. To się stało chyba moją obsesją. Strach, że mój związek ulegnie rozkładowi. Może dlatego mówi się, że następny związek jest o wiele trwalszy, mocniejszy, dojrzalszy? Ze strachu - że i tym razem się nie uda?
Może dlatego nie chcę wyjść po raz drugi za mąż? By się nie zawieźć?
By nie przyznać, że wiele z tych rzeczy, które rujnują związek jest tak naprawdę we mnie?
Ciągłe huśtawki nastroju, wymaganie, by ta druga, ukochana osoba była w każdej sytuacji gotowa na poświęcenie mi czasu, energii, miłości? Oczekiwanie, że znając moją historię, nie będzie powtarzała czyiś błędów - tak bardzo - że widzi się głównie błędy i głównie swój strach przed tym, co one mogą oznaczać? Wreszcie poczucie niezrozumienia i opuszczenia, które mnie od wielu lat łapie za szyję i dusi...?
Boję się, że te kłótnie, te chwile niezrozumienia są Tymi Małymi Kłótniami nie doprowadzającymi do Wielkiej, acz Ostatecznej, bo przyjdzie zniecierpliwienie i obojętność. Najgroźniejszy z Apokaliptycznych Koni końca związku.
Chciałabym opowiedzieć o zamierających uczuciach. O tym, jak bardzo jesteśmy kowalami swego losu. O tym, jak dwie kochające się osoby mogą stać się sobie dalekie, obojętne.
Mogłabym napisać, że nie było Wielkiej Kłótni rozrywającej więzy ślubne... ale to nie prawda - było pełno małych kłótni, aż do momentu, gdy nie trzeba było już nic mówić, po prostu żyć swoim życiem. Kiedy żadne prośby kontaktu nie dawały rezultatów a próby zbliżenia kończyły się pretensjami. Kiedy już nie dało się żyć w samotni i szukało się kogokolwiek, by poczuć chociaż trochę ciepła. Aż wreszcie spojrzenie na swój świat jak na złotą klatkę, z której na pozór wyjścia nie ma... gdzie powoli zdychało to, co się budowało przez 12 lat. On znalazł ciepło w ramionach kogoś, ja znalazłam środek zastępczy w postaci narkotyków, by stłumić potrzebę miłości.
Aż przyszedł moment, w którym nie chciałam czkać na kolejną depresję - musiałam wziąć swoje życie we własne ręce i uwolnić siebie i jego z krat, które sobie nałożyliśmy.
Nie było dramatycznych scen. Nigdy nie ma, gdy już wszystko się wypaliło z jednej i z drugiej strony. Było tylko "jak sobie poradzisz?"...
I radość, olbrzymia radość, bo "poradzę sobie"! Bo życie nabrało znowu kolorów, możliwości. Bo chciałam odzyskać swoje życie, znaleźć szczęście, miłość, miejsce na świecie!
Rzadko myślę o małżeństwie. Chyba wyparłam też te wszystkie lata, chociaż chwilami odbijają się lęki i osobiste dramaty uruchamiające schematy... odrzucenie, gdy chciałam się tulić; niezrozumienie, gdy cierpiałam na depresję, brak uwagi, wymagania z kosmosu...
Uruchamiające się schematy - wydawało mi się, że obserwując mój teraźniejszy związek widzę coś, co widziałam wtedy i reaguje na to. To się stało chyba moją obsesją. Strach, że mój związek ulegnie rozkładowi. Może dlatego mówi się, że następny związek jest o wiele trwalszy, mocniejszy, dojrzalszy? Ze strachu - że i tym razem się nie uda?
Może dlatego nie chcę wyjść po raz drugi za mąż? By się nie zawieźć?
By nie przyznać, że wiele z tych rzeczy, które rujnują związek jest tak naprawdę we mnie?
Ciągłe huśtawki nastroju, wymaganie, by ta druga, ukochana osoba była w każdej sytuacji gotowa na poświęcenie mi czasu, energii, miłości? Oczekiwanie, że znając moją historię, nie będzie powtarzała czyiś błędów - tak bardzo - że widzi się głównie błędy i głównie swój strach przed tym, co one mogą oznaczać? Wreszcie poczucie niezrozumienia i opuszczenia, które mnie od wielu lat łapie za szyję i dusi...?
Boję się, że te kłótnie, te chwile niezrozumienia są Tymi Małymi Kłótniami nie doprowadzającymi do Wielkiej, acz Ostatecznej, bo przyjdzie zniecierpliwienie i obojętność. Najgroźniejszy z Apokaliptycznych Koni końca związku.
wtorek, 4 sierpnia 2015
59
Odstawiłam leki. Było to żmudne i powolne, ale postanowiłam je odstawić na rzecz dwóch kresek - na rzecz sensu życia, kolejnego życia.
Oczywiście nie obyło się (nie obywa się!) bez huśtawek - było rozdrażnienie, doły ocierające się o depresję ale była też hipomania. Bardzo produktywna. Napisałam podręcznik wyjazdu do UK. I namówiłam moje Love, by w końcu to zrobić. Zmienić całe nasze życie, wywrócić do góry nogami. Zawsze mówiliśmy sobie, że chcemy spróbować innego życia, w innym kraju... Ja chcę się nauczyć bardzo dobrze angielskiego, chcę poznać inny chociaż dalej "nasz" świat. Chcemy poprawić naszą sytuację finansową, chcemy podróżować.
Co dokładnie nam z tego wyjdzie?
Dziś M. dał wypowiedzenie w swojej pracy. Po kilku próbach wnioskowani o podwyżkę powiedział swojemu szefowi, że czas na radykalniejsze kroki. Dziś klikniemy <<kup bilet>>
Wyjedzie pierwszy i tego mu strasznie zazdroszczę. Chciałabym z nim lecieć... razem wskoczyć w nową rzeczywistość jak Alicja w króliczą norę. Wspólnie smakować morską, północną bryzę...
Najdalej za pół roku mam dołączyć...
Moja praca też zaczyna mnie irytować: współpracownicy, bezowocny czas, niskie zarobki (mimo podwyżki).
Ale przede wszystkim chcę coś nowego.
To ciekawe, jak bardzo człowiek sobie lubi poukładać życie a następnie rozsypać by na nowo układać. Zbudować dom, znaleźć pracę, osiąść się w swojej rzeczywistości a potem stwierdzić: chcę spróbować czegoś nowego. Wstać, otrzepać się i szukać dalej.
Myślę, że na tym moje życie polega by motywować siebie i ukochanego do tego, by próbować jak najczęściej!
Oczywiście nie obyło się (nie obywa się!) bez huśtawek - było rozdrażnienie, doły ocierające się o depresję ale była też hipomania. Bardzo produktywna. Napisałam podręcznik wyjazdu do UK. I namówiłam moje Love, by w końcu to zrobić. Zmienić całe nasze życie, wywrócić do góry nogami. Zawsze mówiliśmy sobie, że chcemy spróbować innego życia, w innym kraju... Ja chcę się nauczyć bardzo dobrze angielskiego, chcę poznać inny chociaż dalej "nasz" świat. Chcemy poprawić naszą sytuację finansową, chcemy podróżować.
Co dokładnie nam z tego wyjdzie?
Dziś M. dał wypowiedzenie w swojej pracy. Po kilku próbach wnioskowani o podwyżkę powiedział swojemu szefowi, że czas na radykalniejsze kroki. Dziś klikniemy <<kup bilet>>
Wyjedzie pierwszy i tego mu strasznie zazdroszczę. Chciałabym z nim lecieć... razem wskoczyć w nową rzeczywistość jak Alicja w króliczą norę. Wspólnie smakować morską, północną bryzę...
Najdalej za pół roku mam dołączyć...
Moja praca też zaczyna mnie irytować: współpracownicy, bezowocny czas, niskie zarobki (mimo podwyżki).
Ale przede wszystkim chcę coś nowego.
To ciekawe, jak bardzo człowiek sobie lubi poukładać życie a następnie rozsypać by na nowo układać. Zbudować dom, znaleźć pracę, osiąść się w swojej rzeczywistości a potem stwierdzić: chcę spróbować czegoś nowego. Wstać, otrzepać się i szukać dalej.
Myślę, że na tym moje życie polega by motywować siebie i ukochanego do tego, by próbować jak najczęściej!
wtorek, 19 maja 2015
60
Perfect Day
Wzięliśmy urlop na ten dzień. Załatwiliśmy kilka rzeczy w przychodni, a czekając pod jednym z gabinetów czytałam mu o komunikacji i o tym, jak rozmawiać by nie ranić i co niszczy związki (czterej jeźdźcy apokalipsy niszczący związki: krytyka, pogarda, postawa obronna, mur obojętności).
Potem pojechaliśmy do Sopotu by zamówić mi okulary barwione i do domu. Emocje były różne, bo mój ukochany jest nastawiony na życie Tu i Teraz (ja chcę śniadanie TERAZ, chcę jechać do domu, pospieszmy się etc., a ja myślę o przyszłości - musimy załatwić jeszcze to, jeszcze tamto, pomyśleć o tym, dużo mnie w PRZYSZŁOŚCI - choć to nieprawdopodobne ;)
Gdy dotarliśmy do domu i zjedliśmy śniadanie, wpadliśmy na pomysł, by posprzątać dom, skończyć przemeblowanie (tydzień wcześniej kupiliśmy regały na wszystkie moje książki - takie było w każdym razie założenie, bo mam ogromny zbiór i jednak się wszystko nie zmieściło). Dokończyliśmy sprzątanie, odkurzanie, morderczy wyścig by jeszcze słońce się nie schowało i zdecydowaliśmy, że nasz dzień spędzimy po swojemu. Ze sobą, dla siebie i tak, jak chcemy.
Obejrzeliśmy Grę o Tron, przytuleni, w czystym domu. Rozmawialiśmy zachwyceni sobą i nowym ułożeniem mebli. Wędrowaliśmy po swoich ciałach, kochaliśmy się i znów rozmawialiśmy. Zapomnieliśmy o jutrze, o wczoraj, o wszystkim muszę. Upiekliśmy bułki, zrobiliśmy masło czosnkowe, pokroiliśmy pomidory i zjedliśmy kolację w kuchni, którą oboje tak kochamy, przy pięknym drewnianym stole, który dostaliśmy od moich byłych teściów.
Czułam się, jakbym się od nowa zakochała w moim mężczyźnie.
Dwa ostatnie tygodnie były wolne od smutku, od zadręczania się, od wjazdu na moją psychikę przez moje schizy. Pełne zaś sukcesów, drobnych i większych.
Ten dzień był kropką nad "i".
wtorek, 21 kwietnia 2015
61
Mój tata umarł 2 stycznia chwilę przed 18.
Lekarz prosiła by wszyscy bliscy przyjechali. Rano wprowadzili go znowu w śpiączkę, znów w pełni respirator za niego oddychał. Serce nie dawało rady, za duże obciążenie mu dali - te 10 oddechów jakie miał oddawał światu przy pomocy respiratora to było za dużo i 3 razy przystępowano do reanimacji. Byliśmy tak kilka godzin, dzwoniła też moja matka, która rozpoczęła rozmowę słowami "czy odłączyli go już od respiratora? a gdy zaczęłam jej tłumaczyć... ona powiedziała, po co w takim razie ściągaliście siostrę?!... i musiała na głos sobie powiedzieć, że "pewnie jak ona przyjedzie to to zaproponują, po co innego by kazali wam wszystkim przyjechać", co ostatecznie zabrało mi nadzieję i wpadłam w histeryczny płacz, tak jak dotąd się bardzo trzymałam i miałam bardzo dużo wiary, tak straciłam w ciągu jednej sekundy.... nie potrafię zrozumieć dlaczego moja własna matka tak postępuje, ale zakładam, ze nie umie inaczej i nie jest nawet świadoma, że mogłaby inaczej - taktowniej - postępować.
Po godzinie, gdy się uspokoiłam i z powrotem wróciłam do taty, gdy byliśmy - ja, moi bracia i żona Taty a w drodze siostra, bardzo spokojnie zaczęło mu spadać tętno, oddech się wyłączył, podjęto czwartą próbę reanimacji. Zmarł praktycznie na moich oczach. Żegnałam się z nim nie mogąc w to uwierzyć. W zasadzie ciągle do niego coś mówię.
Pierwsze kilka godzin było najgorsze. Zbliżająca się lekarka do nas, jej słowa, że umarł... i przerażający płacz jego żony. Nasz płacz, gdy podeszliśmy do jego ciała, już bez tych aparatur rur, rurek, kabli...
Poranek sobotni M. zostawił mnie na kilka godzin samą, prosiłam go, mogłam spokojnie popłakać. Potem dość nieoczekiwanie zapukał do nas ksiądz, który chodził po kolędzie i M. podziękował mu a ja się rozpłakałam bo wiem, czego by chciał mój tata... (czułam się jakbym traciła tożsamość - nie wiedziałam co mogę chcieć ja, a co chciałby tata i co powinnam robić) i M. poszedł z tym księdzem porozmawiać. Przekazał mu, że straciłam tatę i czy mógłby ze mną chwilę porozmawiać. Po jakimś czasie przyszedł i wytłumaczył mi, że płacz jest dobry (mama wmówiła mi, że nie powinnam płaka, bo płacz zatrzymuje duszę i nie pozwala jej iść do nieba, ksiądz powiedział, że nawet Jezus płakał przy swoim zmarłym przyjacielu Łazarzu), rozmawialiśmy sobie (wcześniej poinformowałam go, że nie chcę kolędy i nie jestem wierząca,a le tata był). Bardzo mnie ta rozmowa uspokoiła, utwierdził mnie w przekonaniu, że tata jest przy mnie i mogę z nim rozmawiać.
A po południu w sobotę aż do wieczora w niedzielę byliśmy z M. i moimi braćmi oraz jego dziećmi i dziewczyną razem. To był dobry czas, wspólnej rozmowy, przygotowywania posiłków, oglądania filmów i bycia razem. Bardzo, bardzo ważne dla nas wszystkich. Cieszę się, że mam tak wspaniałych braci, zwłaszcza starszego. Jesteśmy bardzo związani ze sobą, a teraz całe rodzeństwo musi być silne.
(Nie 21:53 04 Sty 2015)
Wczoraj od rana do wieczora załatwialiśmy wszystkie urzędowe sprawy. Rozmawialiśmy z lekarzem, który prowadził leczenie mojego taty. Nic nie dało się zrobić. Pewnie tak mówi każdy lekarz o każdym pacjencie, który umiera na oddziale.
W prosektorium, gdzie mieliśmy powiedzieć, że tata miał rozrusznik, który jeszcze przez 4 lata może wysyłać impulsy śmierdziało chlorem a w obskurnym pomieszczeniu służbowym stała niemal goła (zabawne) sztuczna choinka ze srebrnymi, zamiast zielonymi gałązkami. Nie czułam nic, prócz tego chloru.
W urzędzie miasta byliśmy dłuższą chwilę i wzięliśmy 10 aktów zgonu. Jeden człowiek zmarł, a 10 aktów mu wyrobiono. Jak pamiątki, każdy dostanie swój.
Potem pojechaliśmy do parafii i na cmentarz, gdzie tata miał wykupione swoje miejsce (tam, gdzie leży jego ojciec, od wielu lat mówił, że chce tam zostać pochowany, blisko ulicy, by mu nie było nudno). Ksiądz, z którym rozmawialiśmy, w średnim wieku Kaszub spojrzał na mnie i powiedział "znam Cię, skąd ja Cię znam?" patrzał długą chwilę a później wrócił do rozmowy. W ogóle nie pasował mi do obrazu księdza, sprawiał wrażenie przyspieszonego, gestykulował rękoma, aż się zastanawiałam czy nie znam go przypadkiem ze szpitala
Załatwiliśmy też restaurację na 100 osób. Tata tworzył drzewo genealogiczne, ma ogromną rodzinę, więc chcemy by wszyscy przyszli. Wykwintny obiad i słodki poczęstunek. Początkowo zaproponowaliśmy bigos i kapuśniak, ulubione dania taty, ale sądząc z miny menagerki uznaliśmy, że zasmażana kapusta wystarczy spoza listy a resztę weźmiemy co nam proponują.
Nasze dalsze kroki skierowaliśmy ku Sopocie, mieszkaniu żony taty. O 14. zjedliśmy jego ulubione śniadanie, które nam wszystkim z osobna robił najczęściej: jajecznicę na boczku.... smutne to było i wesołe zarazem, bo moimi braćmi nie umiemy nie być weseli. Zwłaszcza przy jedzeniu. Potem znów załatwianie, PZU, ZUS, zakład pogrzebowy...
W zakładzie pogrzebowym już nam z najmłodszym nerwy nie wytrzymały i niemal turlaliśmy się ze śmiechu po biurku agentki. Mówiła w specyficzny sposób (czy przyniesiecie ze sobą księdza na ceremonię kremacji? - mamy z braćmi ogromnie rozwiniętą wyobraźnię, zwłaszcza przez szanownego S. Kinga i wyobraziliśmy sobie jak bierzemy tego księdza pod pachę i stawiamy go jak posążek i nakręcamy... nie mogliśmy się nie zacząć śmiać), gdy zapytała o grabarza a żona taty potwierdziła, że ma nr do kopacza.... my w śmiech, kopacz to nazwisko nielubianego kolegi młodego.... nie umieliśmy się powstrzymać. Była już 17., oboje wyczerpani, mięliśmy już dość, nasze reakcje choć nieadekwatne to mimowolne... na szczęście żona taty była pełna zrozumienia a nawet sama się uśmiechała a starszy jeszcze nas rozśmieszał.
Muszę przyznać, że musieliśmy wyglądać na niestandardową rodzinę pogrążoną w żałobie.
Ale wybraliśmy najpiękniejszą urnę w całym domu pogrzebowym. Na pohybel pieniądzom ZUSowskim przeznaczonym na pochówek.
Umówiliśmy się na identyfikację zwłok i ubranie taty w środę, we wtorek (dziś) na mszę i w czwartek po południu będzie kremacja a w piątek pogrzeb.
Pożegnałam się z rodziną i pojechałam na terapię, która tak mnie wymaglowała, że na mszę we wtorek rano (dziś) nie dotarłam. Nie mam siły zrobić 10 kroków naraz, ratuję się tym pisaniem i ono mi daje siłę, czekam aż bracia przyjadą i mnie emocjonalnie podniosą.
M. jest przy mnie, czuję się otoczona jego opieką, miłością i troską. Jestem szczęściarą, że mam tak wspaniałą rodzinę, przyjaciół. To daje mi ogromną siłę i dzięki temu jakoś funkcjonuję, działam, nie załamuję się i niszczę tego, co tata mi wpajał przez całe życie...
(Wto 13:32 06 Sty 2015)
Wczoraj byłam u żony mojego taty i dowiedziałam się, że ostatecznie za śmierć taty odpowiadają najprawdopodobniej lekarze, którzy podali kontrast przed tomografem na OIOMie ... nie podaje się ludziom w tak ciężkim stanie krążeniowo-płucnym (nakierował nas na to stwierdzenie kardiolog taty z akademii medycznej) bo zanim poszedł na tomograf chodził i rozmawiał z nami, a jak poszedł na tomograf to "nagle" zaintubowali go i wprowadzili w śpiączkę farmakologiczną z obrzękami w okół płuc i serca. Bez jego zgody na intubację. Jego żona zwróciła na to uwagę przy zgonie, ale nie miał głowy na nic, a lekarze wymusili na nas by podpisać żeby nie robić sekcji mówiąc, że wiedzieliśmy że jest bardzo chory i to już nic nie da a wydłuży proces pogrzebowy.
Piszę to ze spokojem, bo jak żona taty pytała co robić, zapytałam, czy chce wdać się w sądowne dochodzenie i czy to ulży jej w żałobie... Oni wiedzą na pewno, że dołożyli się do pogorszenia stanu pacjenta, jeśli tak się stało. Wiedzą - bo tuszowali to. Wiedzą, bo jak podali kontrast, to on gwałtownie stracił przytomność i musieli go uśpić, rzucić do OIOMu i powiedzieć po kilku dniach rodzinie, że ich bliski nie żyje.
Ale czy nam to odda ukochanego człowieka? Czy nam coś da to szarpanie się z kimś, kto nieopacznie powiedział "podajcie mu kontrast? 90ml czegoś.... " ? Nie.
(Wto 12:12 03 Mar 2015)
Lekarz prosiła by wszyscy bliscy przyjechali. Rano wprowadzili go znowu w śpiączkę, znów w pełni respirator za niego oddychał. Serce nie dawało rady, za duże obciążenie mu dali - te 10 oddechów jakie miał oddawał światu przy pomocy respiratora to było za dużo i 3 razy przystępowano do reanimacji. Byliśmy tak kilka godzin, dzwoniła też moja matka, która rozpoczęła rozmowę słowami "czy odłączyli go już od respiratora? a gdy zaczęłam jej tłumaczyć... ona powiedziała, po co w takim razie ściągaliście siostrę?!... i musiała na głos sobie powiedzieć, że "pewnie jak ona przyjedzie to to zaproponują, po co innego by kazali wam wszystkim przyjechać", co ostatecznie zabrało mi nadzieję i wpadłam w histeryczny płacz, tak jak dotąd się bardzo trzymałam i miałam bardzo dużo wiary, tak straciłam w ciągu jednej sekundy.... nie potrafię zrozumieć dlaczego moja własna matka tak postępuje, ale zakładam, ze nie umie inaczej i nie jest nawet świadoma, że mogłaby inaczej - taktowniej - postępować.
Po godzinie, gdy się uspokoiłam i z powrotem wróciłam do taty, gdy byliśmy - ja, moi bracia i żona Taty a w drodze siostra, bardzo spokojnie zaczęło mu spadać tętno, oddech się wyłączył, podjęto czwartą próbę reanimacji. Zmarł praktycznie na moich oczach. Żegnałam się z nim nie mogąc w to uwierzyć. W zasadzie ciągle do niego coś mówię.
Pierwsze kilka godzin było najgorsze. Zbliżająca się lekarka do nas, jej słowa, że umarł... i przerażający płacz jego żony. Nasz płacz, gdy podeszliśmy do jego ciała, już bez tych aparatur rur, rurek, kabli...
Poranek sobotni M. zostawił mnie na kilka godzin samą, prosiłam go, mogłam spokojnie popłakać. Potem dość nieoczekiwanie zapukał do nas ksiądz, który chodził po kolędzie i M. podziękował mu a ja się rozpłakałam bo wiem, czego by chciał mój tata... (czułam się jakbym traciła tożsamość - nie wiedziałam co mogę chcieć ja, a co chciałby tata i co powinnam robić) i M. poszedł z tym księdzem porozmawiać. Przekazał mu, że straciłam tatę i czy mógłby ze mną chwilę porozmawiać. Po jakimś czasie przyszedł i wytłumaczył mi, że płacz jest dobry (mama wmówiła mi, że nie powinnam płaka, bo płacz zatrzymuje duszę i nie pozwala jej iść do nieba, ksiądz powiedział, że nawet Jezus płakał przy swoim zmarłym przyjacielu Łazarzu), rozmawialiśmy sobie (wcześniej poinformowałam go, że nie chcę kolędy i nie jestem wierząca,a le tata był). Bardzo mnie ta rozmowa uspokoiła, utwierdził mnie w przekonaniu, że tata jest przy mnie i mogę z nim rozmawiać.
A po południu w sobotę aż do wieczora w niedzielę byliśmy z M. i moimi braćmi oraz jego dziećmi i dziewczyną razem. To był dobry czas, wspólnej rozmowy, przygotowywania posiłków, oglądania filmów i bycia razem. Bardzo, bardzo ważne dla nas wszystkich. Cieszę się, że mam tak wspaniałych braci, zwłaszcza starszego. Jesteśmy bardzo związani ze sobą, a teraz całe rodzeństwo musi być silne.
(Nie 21:53 04 Sty 2015)
Wczoraj od rana do wieczora załatwialiśmy wszystkie urzędowe sprawy. Rozmawialiśmy z lekarzem, który prowadził leczenie mojego taty. Nic nie dało się zrobić. Pewnie tak mówi każdy lekarz o każdym pacjencie, który umiera na oddziale.
W prosektorium, gdzie mieliśmy powiedzieć, że tata miał rozrusznik, który jeszcze przez 4 lata może wysyłać impulsy śmierdziało chlorem a w obskurnym pomieszczeniu służbowym stała niemal goła (zabawne) sztuczna choinka ze srebrnymi, zamiast zielonymi gałązkami. Nie czułam nic, prócz tego chloru.
W urzędzie miasta byliśmy dłuższą chwilę i wzięliśmy 10 aktów zgonu. Jeden człowiek zmarł, a 10 aktów mu wyrobiono. Jak pamiątki, każdy dostanie swój.
Potem pojechaliśmy do parafii i na cmentarz, gdzie tata miał wykupione swoje miejsce (tam, gdzie leży jego ojciec, od wielu lat mówił, że chce tam zostać pochowany, blisko ulicy, by mu nie było nudno). Ksiądz, z którym rozmawialiśmy, w średnim wieku Kaszub spojrzał na mnie i powiedział "znam Cię, skąd ja Cię znam?" patrzał długą chwilę a później wrócił do rozmowy. W ogóle nie pasował mi do obrazu księdza, sprawiał wrażenie przyspieszonego, gestykulował rękoma, aż się zastanawiałam czy nie znam go przypadkiem ze szpitala
Załatwiliśmy też restaurację na 100 osób. Tata tworzył drzewo genealogiczne, ma ogromną rodzinę, więc chcemy by wszyscy przyszli. Wykwintny obiad i słodki poczęstunek. Początkowo zaproponowaliśmy bigos i kapuśniak, ulubione dania taty, ale sądząc z miny menagerki uznaliśmy, że zasmażana kapusta wystarczy spoza listy a resztę weźmiemy co nam proponują.
Nasze dalsze kroki skierowaliśmy ku Sopocie, mieszkaniu żony taty. O 14. zjedliśmy jego ulubione śniadanie, które nam wszystkim z osobna robił najczęściej: jajecznicę na boczku.... smutne to było i wesołe zarazem, bo moimi braćmi nie umiemy nie być weseli. Zwłaszcza przy jedzeniu. Potem znów załatwianie, PZU, ZUS, zakład pogrzebowy...
W zakładzie pogrzebowym już nam z najmłodszym nerwy nie wytrzymały i niemal turlaliśmy się ze śmiechu po biurku agentki. Mówiła w specyficzny sposób (czy przyniesiecie ze sobą księdza na ceremonię kremacji? - mamy z braćmi ogromnie rozwiniętą wyobraźnię, zwłaszcza przez szanownego S. Kinga i wyobraziliśmy sobie jak bierzemy tego księdza pod pachę i stawiamy go jak posążek i nakręcamy... nie mogliśmy się nie zacząć śmiać), gdy zapytała o grabarza a żona taty potwierdziła, że ma nr do kopacza.... my w śmiech, kopacz to nazwisko nielubianego kolegi młodego.... nie umieliśmy się powstrzymać. Była już 17., oboje wyczerpani, mięliśmy już dość, nasze reakcje choć nieadekwatne to mimowolne... na szczęście żona taty była pełna zrozumienia a nawet sama się uśmiechała a starszy jeszcze nas rozśmieszał.
Muszę przyznać, że musieliśmy wyglądać na niestandardową rodzinę pogrążoną w żałobie.
Ale wybraliśmy najpiękniejszą urnę w całym domu pogrzebowym. Na pohybel pieniądzom ZUSowskim przeznaczonym na pochówek.
Umówiliśmy się na identyfikację zwłok i ubranie taty w środę, we wtorek (dziś) na mszę i w czwartek po południu będzie kremacja a w piątek pogrzeb.
Pożegnałam się z rodziną i pojechałam na terapię, która tak mnie wymaglowała, że na mszę we wtorek rano (dziś) nie dotarłam. Nie mam siły zrobić 10 kroków naraz, ratuję się tym pisaniem i ono mi daje siłę, czekam aż bracia przyjadą i mnie emocjonalnie podniosą.
M. jest przy mnie, czuję się otoczona jego opieką, miłością i troską. Jestem szczęściarą, że mam tak wspaniałą rodzinę, przyjaciół. To daje mi ogromną siłę i dzięki temu jakoś funkcjonuję, działam, nie załamuję się i niszczę tego, co tata mi wpajał przez całe życie...
(Wto 13:32 06 Sty 2015)
Wczoraj byłam u żony mojego taty i dowiedziałam się, że ostatecznie za śmierć taty odpowiadają najprawdopodobniej lekarze, którzy podali kontrast przed tomografem na OIOMie ... nie podaje się ludziom w tak ciężkim stanie krążeniowo-płucnym (nakierował nas na to stwierdzenie kardiolog taty z akademii medycznej) bo zanim poszedł na tomograf chodził i rozmawiał z nami, a jak poszedł na tomograf to "nagle" zaintubowali go i wprowadzili w śpiączkę farmakologiczną z obrzękami w okół płuc i serca. Bez jego zgody na intubację. Jego żona zwróciła na to uwagę przy zgonie, ale nie miał głowy na nic, a lekarze wymusili na nas by podpisać żeby nie robić sekcji mówiąc, że wiedzieliśmy że jest bardzo chory i to już nic nie da a wydłuży proces pogrzebowy.
Piszę to ze spokojem, bo jak żona taty pytała co robić, zapytałam, czy chce wdać się w sądowne dochodzenie i czy to ulży jej w żałobie... Oni wiedzą na pewno, że dołożyli się do pogorszenia stanu pacjenta, jeśli tak się stało. Wiedzą - bo tuszowali to. Wiedzą, bo jak podali kontrast, to on gwałtownie stracił przytomność i musieli go uśpić, rzucić do OIOMu i powiedzieć po kilku dniach rodzinie, że ich bliski nie żyje.
Ale czy nam to odda ukochanego człowieka? Czy nam coś da to szarpanie się z kimś, kto nieopacznie powiedział "podajcie mu kontrast? 90ml czegoś.... " ? Nie.
(Wto 12:12 03 Mar 2015)
wtorek, 14 kwietnia 2015
62
Ostatni wpis był z końca września, przeżywałam wtedy depresję... Każdy mój epizod depresyjny wydaje się tym najgorszym, najstraszniejszym i rozważam odejście.
Nie sądziłam, że będzie coś gorszego.
I nic nie przygotowało mnie na ból, jaki poczuję niebawem.
Depresja, jaka wtedy przyszła - była efektem zastoju w moim życiu. Ja po prostu nie umiem się cieszyć spokojem i stabilnością. Po dwóch latach szarpaniny, 4 latach niepokoju... w końcu osiągnęłam mój wymarzony stan. Rozwiodłam się, znalazłam mieszkanie, wyprowadziłam się ze wspólnego na własne, wyremontowałam je i urządziłam i zamieszkałam z ukochaną osobą. Uniezależniłam się emocjonalnie i finansowo od kogoś, kto mnie nie kochał, kto sprawował nade mną jedynie władzę i opiekę. Z dziecka stałam się dorosłą kobietą.
Zagubioną kobietą, stawiającą pierwsze kroki.
Kiedy oswoiłam się ze spokojem i w końcu wszystko wskazywało na to, że mogę osiąść radośnie... kiedy sięgnęłam po książkę, zapalając nocną lampkę na stoliku przy kanapie w moim własnym salonie... wierzcie, to było moje marzenie by zrobić to we własnym domu (i sama opłacać prąd), nie minął miesiąc, kiedy - tym razem mój świat znowu miał się zachybotać.
2 stycznia tego roku zmarł mój ukochany Ojciec, mój Przewodnik Życiowy i Przyjaciel.
Zmarł 10 dni po swoim ślubie. W szpitalu, w otoczeniu rodziny. Na karcie zgonu lekarze wpisali niewydolność płucną, sercową. Zapomnieli wspomnieć o ich własnych błędach.
Zostawił dzieci, świeżo poślubioną żonę, wnuki, dalszą rodzinę, przyjaciół, mnóstwo niedokończonych spraw. Nie zdążył spełnić swojego marzenia, jakim były Włochy... sprezentowaliśmy mu wycieczkę na walentynki z okazji ślubu...
Tata był dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu.
Kiedyś, mojemu Przyjacielowi opowiedziałam, że moje życie mogę porównać do wzburzonego morza, na którym jestem na łódce. I czuję obecność bliskich mi osób, bo jestem niezwykle rodzinna. I zawsze na tej łódce jest właśnie Tata... Bracia... Był mój mąż, bo był opiekunem przez wiele lat... był i Przyjaciel... i jest mój ukochany.
A dziś... dziś nie ma na tym świecie ani Taty, ani nawet Przyjaciela.
Zmarł w zeszłym tygodniu.Młody człowiek, ogromne wsparcie jakie sobie dawaliśmy w ciężkich chwilach - nigdy tego nie zapomnę.
Dwie śmierci w przeciągu 3 miesięcy.
Naokoło mnie umierają ludzie. Idę ulicą, jedzie pogotowie na sygnale. Zatrzymują się. Wypada kierowca, wbiega do karetki od tyłu, coś tam się dzieje, po dłuższej chwili wychodzi, powoli. Wraca za kierownicę i nie włącza sygnału. Jedzie powoli.
Nie wiem już jak reagować.
Wiem, że wyszłam z depresji i pozostało mi cieszyć się tym, co mam.
Póki mam.
Nie sądziłam, że będzie coś gorszego.
I nic nie przygotowało mnie na ból, jaki poczuję niebawem.
Depresja, jaka wtedy przyszła - była efektem zastoju w moim życiu. Ja po prostu nie umiem się cieszyć spokojem i stabilnością. Po dwóch latach szarpaniny, 4 latach niepokoju... w końcu osiągnęłam mój wymarzony stan. Rozwiodłam się, znalazłam mieszkanie, wyprowadziłam się ze wspólnego na własne, wyremontowałam je i urządziłam i zamieszkałam z ukochaną osobą. Uniezależniłam się emocjonalnie i finansowo od kogoś, kto mnie nie kochał, kto sprawował nade mną jedynie władzę i opiekę. Z dziecka stałam się dorosłą kobietą.
Zagubioną kobietą, stawiającą pierwsze kroki.
Kiedy oswoiłam się ze spokojem i w końcu wszystko wskazywało na to, że mogę osiąść radośnie... kiedy sięgnęłam po książkę, zapalając nocną lampkę na stoliku przy kanapie w moim własnym salonie... wierzcie, to było moje marzenie by zrobić to we własnym domu (i sama opłacać prąd), nie minął miesiąc, kiedy - tym razem mój świat znowu miał się zachybotać.
2 stycznia tego roku zmarł mój ukochany Ojciec, mój Przewodnik Życiowy i Przyjaciel.
Zmarł 10 dni po swoim ślubie. W szpitalu, w otoczeniu rodziny. Na karcie zgonu lekarze wpisali niewydolność płucną, sercową. Zapomnieli wspomnieć o ich własnych błędach.
Zostawił dzieci, świeżo poślubioną żonę, wnuki, dalszą rodzinę, przyjaciół, mnóstwo niedokończonych spraw. Nie zdążył spełnić swojego marzenia, jakim były Włochy... sprezentowaliśmy mu wycieczkę na walentynki z okazji ślubu...
Tata był dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu.
Kiedyś, mojemu Przyjacielowi opowiedziałam, że moje życie mogę porównać do wzburzonego morza, na którym jestem na łódce. I czuję obecność bliskich mi osób, bo jestem niezwykle rodzinna. I zawsze na tej łódce jest właśnie Tata... Bracia... Był mój mąż, bo był opiekunem przez wiele lat... był i Przyjaciel... i jest mój ukochany.
A dziś... dziś nie ma na tym świecie ani Taty, ani nawet Przyjaciela.
Zmarł w zeszłym tygodniu.Młody człowiek, ogromne wsparcie jakie sobie dawaliśmy w ciężkich chwilach - nigdy tego nie zapomnę.
Dwie śmierci w przeciągu 3 miesięcy.
Naokoło mnie umierają ludzie. Idę ulicą, jedzie pogotowie na sygnale. Zatrzymują się. Wypada kierowca, wbiega do karetki od tyłu, coś tam się dzieje, po dłuższej chwili wychodzi, powoli. Wraca za kierownicę i nie włącza sygnału. Jedzie powoli.
Nie wiem już jak reagować.
Wiem, że wyszłam z depresji i pozostało mi cieszyć się tym, co mam.
Póki mam.
sobota, 27 września 2014
63
Jest 4:18 mojego czasu.
Przyszła, rozsiadla się i nie chce odejść. Wczoraj wzięłam pierwszą tabletkę by jej się pozbyć. (o tydzień za późno) Czy kolejny raz się uda?...
Zaczyna się malymi nierównościami, lekkimi dysocjami i depersonalizacja. Potem dochodzą problemy ze snem i co jakiś czas atakują "złe myśli". Uparczywe, z którymi ciężko walczyć, więc wpada się w ataki paniki. Gdy świat zachodzi mgła, ciężką kotara obojętności, już nie chce się ani go zmieniać ani prosić o pomoc.
Zresztą pomóc jest doraźna. Ukochany (źródło, z którego czerpią pomysly "zle myśli"), który robi co może? Herbatę przynieść, przytulić, powiedzieć, ze to nie prawda i ze się boi. I leki. Farmakologia, która usypia, daje wytchnienie na kilka godzin, póki antydepresant nie wskoczy.
A co z życiem? Co z pracą? Co z resztą? Tak bardzo to odległe i obojętne mi w tej chwili...
Przyszła, rozsiadla się i nie chce odejść. Wczoraj wzięłam pierwszą tabletkę by jej się pozbyć. (o tydzień za późno) Czy kolejny raz się uda?...
Zaczyna się malymi nierównościami, lekkimi dysocjami i depersonalizacja. Potem dochodzą problemy ze snem i co jakiś czas atakują "złe myśli". Uparczywe, z którymi ciężko walczyć, więc wpada się w ataki paniki. Gdy świat zachodzi mgła, ciężką kotara obojętności, już nie chce się ani go zmieniać ani prosić o pomoc.
Zresztą pomóc jest doraźna. Ukochany (źródło, z którego czerpią pomysly "zle myśli"), który robi co może? Herbatę przynieść, przytulić, powiedzieć, ze to nie prawda i ze się boi. I leki. Farmakologia, która usypia, daje wytchnienie na kilka godzin, póki antydepresant nie wskoczy.
A co z życiem? Co z pracą? Co z resztą? Tak bardzo to odległe i obojętne mi w tej chwili...
środa, 10 września 2014
64
Czasami zastanawiam się, dlaczego prowadzę taki rozbiegany blog. Dlaczego nie jest jasny i prosty, o tym co mnie interesuje, pasjonuje, o podróży czy gotowaniu, jasny layout, chwytliwa nazwa, może jakaś reklama. Prowadziłam nawet coś takiego! o, tutaj!
Dlaczego więc ciągnie mnie do takich mrocznych klimatów, ciągle wracam do swoich przemyśleń, doświadczeń, pracy nad sobą i upadków? Opisuję swoją drogę, walkę z wiatrakami, sinusoidę nastrojów, tripy z dragami i z drogą... I ten uparczywy brak systematyczności...
Nie próbuję już z tym walczyć, robić zrywów niczym powstańca rozpaczliwie szukający cienia szansy na zmianę... Rewolucjonistka, która po krótkotrwałym zrywie ogląda się za siebie, spuszcza łeb i zastanawia się... po co...
Ale jest taki moment, w którym słowo po co można usunąć. Stwierdzić: czy to ważne?
"Po co" pytają nastolatki, jak im się nie chce (z lenistwa) i staruszkowie, gdy są już zmęczeni.
Nie jestem ani jednym, ani drugim, chociaż hoduję od zawsze jedno i drugie.
Jestem dorosła.
Biorę odpowiedzialność za swoje życie, swoje decyzje i wybory.
I jestem tego cholernie świadoma.
Wczoraj przeczytałam pozew rozwodowy napisany przez mojego przyszłego byłego męża. Zanim to się stało, spotkałam się z teściową, po pracy.
Byłyśmy sobie bardzo bliskie i z radością stwierdzam, że ta bliskość nadal gdzieś w nas jest. I nie chcę jej stracić. Rozwiązuje małżeństwo z jej synem, ale nie kontakt z nią. Cieszę się, bo mimo, że trudno jej zaakceptować te wybory, to cieszy się, bo wie, że dzięki temu dojrzałam.
Wróćmy jednak do pozwu. Czytając go miałam wpływ na jego treść, lecz nie skorzystałam z tego. To wersja tej drugiej strony. Powoda. Jestem teraz pozwaną, choć wnioskujemy o rozwód bez orzekania o winie. Mimo wszystko, czuję, że gdzieś pod warstwą jego słów czai się moja wina. To ja oddaliłam się od wyjeżdżającego zarobkowo męża. To ja wyprowadziłam się z pokoju, a następnie do własnego mieszkania.
Po rozmowie z teściową utwierdziłam się w przekonaniu, że wyglądało to tak, że wyzwoliłam się od niego, jego apodyktyczności tym, że się odcięłam, miałam swoje życie.
Moja wina?
Czuję złość, bo nie chcę już walczyć o prawdę, ale nie chcę przyjąć w sobie czyjejkolwiek perspektywy.
Chcę wrócić do tego dnia, kiedy z pełną świadomością i radością powiedziałam, że podjęłam decyzję o rozstaniu.
Ponad rok temu.
To nie był impuls.
Czytając ten cholerny pozew czułam, jak wzbiera we mnie złość, bo przypomniały mi wszystkie tłumione emocje, których on nie chciał bym uzewnętrzniała. "Bym się zachowywała", postępowała wg jakiś norm, żebym w końcu rzuciła papierosy. Żebym wyglądała lepiej. Żebym się zmieniła.
W końcu żebym się oddaliła albo zbliżyła. To pierwsze seksualnie, drugie - najlepiej do jego pasji, jakiej poświęcał najwięcej czasu i uwagi (gry).
ZŁOŚĆ, bo w tych słowach nie ma emocji, jakie czułam. Załamania, kompleksów i odrzucenia. Jest za to oddalenie, bo wyjeżdżał w celach zarobkowych. Ale jak przyjeżdżał emocjonalnie był dalej, niż gdy na statku w okolicach Karaibów. Tego nie wspomniał. I nie wspomniał, że na tych Karaibach, mimo że ponoć seksu nie lubił, to sobie przytulił jakąś kobietę.
Zła jestem, bo dawno temu narzuciłam sobie zakaz wybuchania i wytłumaczyłam to sobie (ku wyższemu dobru) i choćby po to, by móc powiedzieć, że rozstałam się z mężem w zgodzie.
Nawet teraz mam ochotę to usunąć.
Nie, nie, nie - ne, nee, nee.
Jestem świadoma siebie i dorosła. I obie te rzeczy nie wykluczają tego, że mogę się zachowywać jak chcę, wg MOICH norm. I chcę dookoła siebie osoby, które to uszanują i nie zechcą mnie zmieniać wg własnych zasad, a sprawiać, że ja będę chciała się rozwijać. Dojrzewać. I sama w ten sposób chciałabym oddziałowywać na innych.
Dlaczego więc ciągnie mnie do takich mrocznych klimatów, ciągle wracam do swoich przemyśleń, doświadczeń, pracy nad sobą i upadków? Opisuję swoją drogę, walkę z wiatrakami, sinusoidę nastrojów, tripy z dragami i z drogą... I ten uparczywy brak systematyczności...
Nie próbuję już z tym walczyć, robić zrywów niczym powstańca rozpaczliwie szukający cienia szansy na zmianę... Rewolucjonistka, która po krótkotrwałym zrywie ogląda się za siebie, spuszcza łeb i zastanawia się... po co...
Ale jest taki moment, w którym słowo po co można usunąć. Stwierdzić: czy to ważne?
"Po co" pytają nastolatki, jak im się nie chce (z lenistwa) i staruszkowie, gdy są już zmęczeni.
Nie jestem ani jednym, ani drugim, chociaż hoduję od zawsze jedno i drugie.
Jestem dorosła.
Biorę odpowiedzialność za swoje życie, swoje decyzje i wybory.
I jestem tego cholernie świadoma.
Wczoraj przeczytałam pozew rozwodowy napisany przez mojego przyszłego byłego męża. Zanim to się stało, spotkałam się z teściową, po pracy.
Byłyśmy sobie bardzo bliskie i z radością stwierdzam, że ta bliskość nadal gdzieś w nas jest. I nie chcę jej stracić. Rozwiązuje małżeństwo z jej synem, ale nie kontakt z nią. Cieszę się, bo mimo, że trudno jej zaakceptować te wybory, to cieszy się, bo wie, że dzięki temu dojrzałam.
Wróćmy jednak do pozwu. Czytając go miałam wpływ na jego treść, lecz nie skorzystałam z tego. To wersja tej drugiej strony. Powoda. Jestem teraz pozwaną, choć wnioskujemy o rozwód bez orzekania o winie. Mimo wszystko, czuję, że gdzieś pod warstwą jego słów czai się moja wina. To ja oddaliłam się od wyjeżdżającego zarobkowo męża. To ja wyprowadziłam się z pokoju, a następnie do własnego mieszkania.
Po rozmowie z teściową utwierdziłam się w przekonaniu, że wyglądało to tak, że wyzwoliłam się od niego, jego apodyktyczności tym, że się odcięłam, miałam swoje życie.
Moja wina?
Czuję złość, bo nie chcę już walczyć o prawdę, ale nie chcę przyjąć w sobie czyjejkolwiek perspektywy.
Chcę wrócić do tego dnia, kiedy z pełną świadomością i radością powiedziałam, że podjęłam decyzję o rozstaniu.
Ponad rok temu.
To nie był impuls.
Czytając ten cholerny pozew czułam, jak wzbiera we mnie złość, bo przypomniały mi wszystkie tłumione emocje, których on nie chciał bym uzewnętrzniała. "Bym się zachowywała", postępowała wg jakiś norm, żebym w końcu rzuciła papierosy. Żebym wyglądała lepiej. Żebym się zmieniła.
W końcu żebym się oddaliła albo zbliżyła. To pierwsze seksualnie, drugie - najlepiej do jego pasji, jakiej poświęcał najwięcej czasu i uwagi (gry).
ZŁOŚĆ, bo w tych słowach nie ma emocji, jakie czułam. Załamania, kompleksów i odrzucenia. Jest za to oddalenie, bo wyjeżdżał w celach zarobkowych. Ale jak przyjeżdżał emocjonalnie był dalej, niż gdy na statku w okolicach Karaibów. Tego nie wspomniał. I nie wspomniał, że na tych Karaibach, mimo że ponoć seksu nie lubił, to sobie przytulił jakąś kobietę.
Zła jestem, bo dawno temu narzuciłam sobie zakaz wybuchania i wytłumaczyłam to sobie (ku wyższemu dobru) i choćby po to, by móc powiedzieć, że rozstałam się z mężem w zgodzie.
Nawet teraz mam ochotę to usunąć.
Nie, nie, nie - ne, nee, nee.
Jestem świadoma siebie i dorosła. I obie te rzeczy nie wykluczają tego, że mogę się zachowywać jak chcę, wg MOICH norm. I chcę dookoła siebie osoby, które to uszanują i nie zechcą mnie zmieniać wg własnych zasad, a sprawiać, że ja będę chciała się rozwijać. Dojrzewać. I sama w ten sposób chciałabym oddziałowywać na innych.
czwartek, 31 lipca 2014
65
Graciak - bo tak nazwałam zdechlaczka, oficjalnie podający się za opla vectrę jest już z nami dwa tygodnie. To bardzo trudna miłość, pełna ambiwalentnych uczuć. Nigdy nie miałam do czynienia z tak kapryśnym samochodem i czuję, że to próba przed czymś większym.
Za każdym razem, gdy nim jadę czuję się, jakbym dokonywała czegoś niemożliwego, a jak już pozwala się oswoić i coraz pewniej zaczynam się czuć i wciskam pedał gazu, on stanowczo kiwa mi paluszkami, "mówiąc nie, nie, nie" i prymka wprowadzając mnie w konsternację...
I gaśnie.
Tak więc wpierw wymieniliśmy akumulator. Potem okazało się, że uszkodzony jest rozrusznik, konkretnie szczotki, w które wpakował się piaseczek, a były właściciel samochodu nie raczył nas poinformować... zamiast tego pokazuje nam super sposób na rozwiązanie tego problemu - wyciągając młotek i waląc nim po rozruszniku. Działa!
Na chwilę.
Kolejną rzeczą do naprawy jest silniczek krokowy, co to i po co - otóż, gdy hamuję i naciskam sprzęgło a obrotomierz silnika spada gwałtownie do zera to auto gaśnie. Ta rewelacja plus rozrusznik to się równa martwy pojazd.
I biegnący Misiak z młotkiem w ręku ;)
Gorzej, jeśli graciak umrze na środku skrzyżowania w Słupsku. A zadziało się tak w ostatnią niedzielę. Koszmar. Na szczęście jakiś miły pan holował nas na parking i stamtąd udało nam się go ożywić. I wrócić w atmosferze wkurwu. I silnym postanowieniu oddania.
Oczywiście zdrowy rozsądek kazał postąpić inaczej. Pojazd znalazł się na parkingu mechanika, który powiedział, co trzeba zrobić i walczymy. Dzielnie.
A jak auto się nie podda to czeka go szrot.
Nie ma grożenia. Że jak się poczuję zbyt pewnie to on mi będzie groził tym swoim wahadełkiem - paluszkiem. Nie, nie, nie!
Stracę ten tysiak, ten nowiutki akumulator, te 500zł w niego wciśnięte, ale nie będzie mi graciak stawiał warunków.
Swoją drogą, ile radości daje kupione za własne, zarobione pieniądze autko. I radość Misiaka, jak go uczę jeździć :) I moja radość, jak widzę, że mogę na nim polegać w naprawie graciaka, jak się sprawdza w tym. W sumie... warto było :)
Za każdym razem, gdy nim jadę czuję się, jakbym dokonywała czegoś niemożliwego, a jak już pozwala się oswoić i coraz pewniej zaczynam się czuć i wciskam pedał gazu, on stanowczo kiwa mi paluszkami, "mówiąc nie, nie, nie" i prymka wprowadzając mnie w konsternację...
I gaśnie.
Tak więc wpierw wymieniliśmy akumulator. Potem okazało się, że uszkodzony jest rozrusznik, konkretnie szczotki, w które wpakował się piaseczek, a były właściciel samochodu nie raczył nas poinformować... zamiast tego pokazuje nam super sposób na rozwiązanie tego problemu - wyciągając młotek i waląc nim po rozruszniku. Działa!
Na chwilę.
Kolejną rzeczą do naprawy jest silniczek krokowy, co to i po co - otóż, gdy hamuję i naciskam sprzęgło a obrotomierz silnika spada gwałtownie do zera to auto gaśnie. Ta rewelacja plus rozrusznik to się równa martwy pojazd.
I biegnący Misiak z młotkiem w ręku ;)
Gorzej, jeśli graciak umrze na środku skrzyżowania w Słupsku. A zadziało się tak w ostatnią niedzielę. Koszmar. Na szczęście jakiś miły pan holował nas na parking i stamtąd udało nam się go ożywić. I wrócić w atmosferze wkurwu. I silnym postanowieniu oddania.
Oczywiście zdrowy rozsądek kazał postąpić inaczej. Pojazd znalazł się na parkingu mechanika, który powiedział, co trzeba zrobić i walczymy. Dzielnie.
A jak auto się nie podda to czeka go szrot.
Nie ma grożenia. Że jak się poczuję zbyt pewnie to on mi będzie groził tym swoim wahadełkiem - paluszkiem. Nie, nie, nie!
Stracę ten tysiak, ten nowiutki akumulator, te 500zł w niego wciśnięte, ale nie będzie mi graciak stawiał warunków.
Swoją drogą, ile radości daje kupione za własne, zarobione pieniądze autko. I radość Misiaka, jak go uczę jeździć :) I moja radość, jak widzę, że mogę na nim polegać w naprawie graciaka, jak się sprawdza w tym. W sumie... warto było :)
środa, 9 lipca 2014
66
Niemal codziennie od ośmiu miesięcy chodzę do pracy. Włączam monitor, loguję się, wpisując dość długie hasło, odpalam program, dzięki któremu koordynuję pracę firmy. Ustawiam działania, przyporządkowując je do konkretnej osoby pod kątem umiejętności i czasu, czasami firmy, jaką się opiekuje dany konsultant. Dzwonię do firm, planuję spotkania. Wcześniej coś sprzedawałam, jakiś program czy komputer. Najczęściej czas.
Lubię swoją pracę. Nauczyła mnie ogromnej organizacji. Dała satysfakcję. Pieniądze. Niezależność. Nowe spojrzenie na własne życie, przyjemności i obowiązki. Większą przyjemność z czasu wolnego. Szacunek do samej siebie.
Była pierwszym krokiem w dorosłość.
Mogę powiedzieć, że zaczęłam wchodzić w dorosłość w wieku dwudziestu sześciu lat...
Wczoraj wzięłam wolne z pracy, pojechałam z Misiakiem na MRI (badanie, które miałam zrobić z tytułu wypadku samochodowego z września zeszłego roku), a potem lekarz, by załatwić sobie L4. To też takie małe obowiązki pracownicze ;)
A potem przygotowania. Studium kuchenne. Wybraliśmy kuchnię do nowego domu. Ile to wszystko kosztuje! Jeszcze podłogi! Drewniane czy panele? Marzyłam o drewnianych, ale kosztują ponad 9 tysięcy... a gdzie sprzęty? Lodówka, pralka, zlew, płyta gazownicza, okap? Stół, przy którym będziemy siedzieć z rodziną?
Popluskaliśmy się w fontannie czekając na mojego brata z rodziną i pojechaliśmy do naszego przyszłego domu. Z salonu wchodzi się na balkon, wystarczy wyciągnąć rękę by zerwać wiśnie... pełno wiśni. Czy lubię kompot z wiśni?
I grill z rodziną, rozmowy, plany, wszystko takie realne. I nagła nieoczekiwana propozycja, znajomy ma samochód na sprzedaż. Bardzo, bardzo tani, na chodzie. Chcesz? Chcę. Za kilka dni mam się nim przejechać, zobaczyć, czy dam radę takim zdechlaczkiem pełnoletnim pojeździć. Fioletowy. Tak na przekór o kolorze pisze, bo przecież doskonale wiem, że nie kolor jest ważny, tylko bebeszki.
I wieczorem, już siedząc razem z Misiakiem i moją rodzinką na kanapie mam ochotę płakać. Czuję się taka dorosła. Takie decyzje. Bez tego kogoś, kto mi powie: tego ci nie wolno, tamtego nie możesz, weź tylko to, tylko tyle.
Nie, Alis, możesz wszystko, na swoją odpowiedzialność. Jesteś dorosła.
I przeliczam te koszty, robię równania, odpalam excela, liczę i przeżywam każdy wydatek, roztropnie sobie wszystko analizuję. I wiem, czego się spodziewać a czego nie, wiem co chcę od życia i czego nie chcę.
I mimo wszystko cały czas pamiętam o jednej, najważniejszej sprawie. Nic, absolutnie nic bym nie osiągnęła, gdyby nie motywacja, którą mi daje miłość i wiara Misiaka i mojej Rodziny.
Lubię swoją pracę. Nauczyła mnie ogromnej organizacji. Dała satysfakcję. Pieniądze. Niezależność. Nowe spojrzenie na własne życie, przyjemności i obowiązki. Większą przyjemność z czasu wolnego. Szacunek do samej siebie.
Była pierwszym krokiem w dorosłość.
Mogę powiedzieć, że zaczęłam wchodzić w dorosłość w wieku dwudziestu sześciu lat...
Wczoraj wzięłam wolne z pracy, pojechałam z Misiakiem na MRI (badanie, które miałam zrobić z tytułu wypadku samochodowego z września zeszłego roku), a potem lekarz, by załatwić sobie L4. To też takie małe obowiązki pracownicze ;)
A potem przygotowania. Studium kuchenne. Wybraliśmy kuchnię do nowego domu. Ile to wszystko kosztuje! Jeszcze podłogi! Drewniane czy panele? Marzyłam o drewnianych, ale kosztują ponad 9 tysięcy... a gdzie sprzęty? Lodówka, pralka, zlew, płyta gazownicza, okap? Stół, przy którym będziemy siedzieć z rodziną?
Popluskaliśmy się w fontannie czekając na mojego brata z rodziną i pojechaliśmy do naszego przyszłego domu. Z salonu wchodzi się na balkon, wystarczy wyciągnąć rękę by zerwać wiśnie... pełno wiśni. Czy lubię kompot z wiśni?
I grill z rodziną, rozmowy, plany, wszystko takie realne. I nagła nieoczekiwana propozycja, znajomy ma samochód na sprzedaż. Bardzo, bardzo tani, na chodzie. Chcesz? Chcę. Za kilka dni mam się nim przejechać, zobaczyć, czy dam radę takim zdechlaczkiem pełnoletnim pojeździć. Fioletowy. Tak na przekór o kolorze pisze, bo przecież doskonale wiem, że nie kolor jest ważny, tylko bebeszki.
I wieczorem, już siedząc razem z Misiakiem i moją rodzinką na kanapie mam ochotę płakać. Czuję się taka dorosła. Takie decyzje. Bez tego kogoś, kto mi powie: tego ci nie wolno, tamtego nie możesz, weź tylko to, tylko tyle.
Nie, Alis, możesz wszystko, na swoją odpowiedzialność. Jesteś dorosła.
I przeliczam te koszty, robię równania, odpalam excela, liczę i przeżywam każdy wydatek, roztropnie sobie wszystko analizuję. I wiem, czego się spodziewać a czego nie, wiem co chcę od życia i czego nie chcę.
I mimo wszystko cały czas pamiętam o jednej, najważniejszej sprawie. Nic, absolutnie nic bym nie osiągnęła, gdyby nie motywacja, którą mi daje miłość i wiara Misiaka i mojej Rodziny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




